31 marca 2019

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - częśc I: akcesoria do makijażu i demakijażu

Ostatnio na blogu sporo było postów o kosmetykach, które się u mnie nie sprawdziły. Nadeszła więc pora opowiedzieć trochę o produktach, które bardzo polubiłam używać. Produktach, po które sięgałam najczęściej w ciągu ostatnich miesięcy. Okazuje się, że zebrało mi się ich całkiem sporo, dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie stworzyć trzy posty na ten temat. Dziś będzie o akcesoriach do makijażu i demakijażu.


 
GĄBECZKI DO PODKŁADU I KOREKTORA

Jeszcze początkiem zeszłego roku nie wyobrażałam sobie, aby nie używać pędzli do podkładu. W ten sposób najlepiej mi się go aplikowało. Obecnie tak się u mnie pozmieniało, że nie używam już pędzli. Odstawiłam je na rzecz gąbeczek, ponieważ dzięki nim uzyskuje ładniejsze efekty. Podkład prezentuje się bardziej świeżo i mogę zaaplikować go bardzo cieniutką warstwą.


Moje najulubieńsze gąbeczki są z BLEND IT. Jednak tylko te marmurkowe. Nie polecam jednokolorowych, ponieważ one szybko się niszczą. Kupuję zawsze dużą i malutką gąbeczkę. Ta większa służy do aplikacji podkładu na skórę twarzy, a ta malutka jest idealna do korektora pod oczy. Niedawno przeprosiłam się też z Beauty Blenderem w wersji różowej. Używałam ich na początku mojej przygody z gąbeczkami. Potem odstawiłam na rzecz BLEND IT. Jednak ostatnio powróciłam do Beauty Blendera i używam wszystkich tych gąbeczek ze zdjęcia na zmianę. Ze względów higienicznych gąbeczki wymieniam co 3-4 miesiące.


PĘDZEL DO BLENDOWANIA

Jeśli miałabym wskazać najmiększy pędzel jaki mam od razu powiedziałabym, że jest to M Brush numer 06. Kupiłam go już parę miesięcy temu. Był to dość drobi zakup, ponieważ pędzel kosztuje 69,90 zł. Jednak jest warty każdej wydanej na niego złotówki. Tak miękkiego i świetnie aplikującego cienie pędzla jeszcze nie miałam. Chętnie zaopatrzę się w jeszcze kilka pędzli Maxineczki.


Włosie ma bardzo miękkie. Jest dobrze wyprofilowany. Jego kształt to takie lekko spłaszczone jajeczko, dlatego świetnie blenduje się nim cienie. Polubiłam go bardziej niż moje dotąd ulubione pędzle marki Zoeva. Myłam go już wiele razy i włosie cały czas jest takie samo. Jedynie zmył się z niego całkowicie numer, a także częściowo logo marki.

Pędzel ten wykonany jest z włosia kozy. Skuwka pozłacana 24K złotem.
Długość włosia: 16 mm
Długość pędzla: 151 mm


GĄBKA KONJAC

Gąbka Konjac w kosmetyce i medycynie japońskiej istnieje od przeszło 1500 lat. To produkt w 100% naturalny i biodegradowalny, jest wolna od szkodliwych, drażniących i mogących podrażnić skórę substancji. Gąbki te używałam już jakiś czas temu. Potem przestałam - w sumie nie wiem dlaczego. Od stycznia znów do nich powróciłam. Do tej pory miałam takie zwykłe białe. Teraz kupiłam wersję z bambusowym węglem drzewnym przeznaczoną do cery tłustej i problematycznej. Węgiel taki ma naturalne właściwości antybakteryjne i przeciwgrzybicze. Gąbka skutecznie usuwa zrogowaciały naskórek. Powodując, że skóra staje się gładka.



Na zdjęciu nie wygląda może zbyt ładnie. Tutaj jest akurat wyschnięta. W kontakcie z wodą intensywnie pęcznieje, staje się delikatna i miękka. Zapewnia subtelne i łagodne dla skóry oczyszczenie bez podrażnień. A dodatkowo pozwala na minimalne użycie kosmetyków myjących, zmniejszenie ilości produktów oczyszczających, czyli znaczne uproszczenie pielęgnacji. Jedyną jej wadą jest to, że gąbka schnie powoli. Choć można ją dezynfekować i prać w wysokich temperaturach, często ulega uszkodzeniom i pomimo zachowania wzmożonych środków ostrożności: pleśnieje w środku.  Dodatki do gąbki szybko się wypłukują i tracą swoją wartość aktywną, dlatego wymieniam ją co najmniej co 3 miesiące.

Mieliście któryś z tych akcesoriów?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

24 marca 2019

LIRENE MINERAL COLLECTION Minerały z Morza Martwego ultra-wygładzający krem do rąk

Z linii MINERAL COLLECTION marki Lirene miałam już kilka kosmetyków:


Obecnie z tej serii mam ultra-wygładzający krem do rąk. Znajduje się on tubce z zamknięciem na klik. Lubię tego typu opakowania, bo są wygodne w używaniu. Wcześniej miałam krem z YOPE zakręcany malutką nakręteczką, która często mi wypadała z rąk. Kolejnym plusem kremu z Lirene jest to, że szybko się wchłania. Gdy używam go w pracy jest to komfortowe, bo nie pobrudzę nim dokumentów. Dlatego lubię go mieć przy sobie w torebce. 


Krem ma przyjemny zapach. Jest on taki  świeży i rześki. Łatwo się rozprowadza po skórze. Wystarczy użyć niewielką jego ilość. Nawilża w takim średnim stopniu. Sprawdzi się u osób, które nie mają większych problemów z suchością skóry. Chociaż producent obiecuje głębokie nawilżenie dzięki zastosowaniu oleju Babassu i wyciągu z pomarańczy, to składniki te znajdują się pod koniec składu. Dlatego do regeneracji skóry dłoni na wieczór używam inny krem. Ten sprawdza się u mnie do stosowania w ciągu dnia. Krem ma pojemność 75 ml, kosztuje 9,99 zł.


SKŁAD INCI: Aqua (Water), Isopropyl Isostearate, Betaine, Ceteareth-20, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Glyceryl Stearate SE, Orbignya Oleifera (Babassu) Seed Oil, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Alcohol Denat., Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Parfum (Fragrance), Allantoin, Disodium EDTA, Maris Sal, Ethylhexylglycerin, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, BHA, Phenoxyethanol, Methylparaben.
 
Mieliście ten krem do rąk?
Co o nim sądzicie?
Czytaj dalej »

17 marca 2019

ORIFLAME - Now Age Skin Renewing Peel, czyli odnawiający peeling z kwasami

Pozostając w temacie kosmetyków z kwasami chciałabym polecić Wam jeszcze jeden produkt. Nie spodziewałam się znaleźć coś tak fajnego w ofercie Oriflame. Nie jest to moja ulubiona marka, więc bardzo rzadko sięgam po ich kosmetyki. Tym razem jednak trafiła mi się prawdziwa perełka dla osób lubiących kosmetyki z kwasami, a zarazem obawiających się sięgnąć po mocniejsze produkty (na przykład te marki NEUTREA, które opisywałam w ostatnim poście). Peeling marki Oriflame jest skuteczny, a zarazem delikatniejszy. Nie pozostawia się go na skórze na całą noc, tylko stosuje jak maseczkę maksymalnie przez 20 minut.


Skin Renewing Peel ma za zadanie delikatnie złuszczać martwy naskórek, aby wygładzić powierzchnię skóry, co ma na celu poprawę jej wyglądu. W składzie znajduje się kwas glikolowy oraz salicylowy, a także enzymy granatu. Składniki te mają właściwości złuszczające skórę. 

kwas glikolowy - w stężeniu do 15% jest najbezpieczniejszy. Działa na skórę nawilżająco i złuszczająco. Pobudza syntezę fibroblastów, regeneruje i zwiększa nawilżenie skóry, obkurcza pory skórne i reguluje wydzielanie sebum, poleca się więc zabiegi z jego użyciem osobom z cerą tłustą, trądzikową.

kwas salicylowy - ma właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne i przeciwzapalne. Stężenie na poziomie 10-20 % sprawia, że preparat zaczyna mieć właściwości keratolityczne, to znaczy, że jest peelingiem chemicznym. Jako dobrze rozpuszczalny w tłuszczach, przenika przez warstwę sebum na skórze i wnika w głąb mieszków włosowych. Tam rozpoczyna swoją działalność bakteriobójczą i łagodzącą, usuwając nadmiar tłuszczu i zanieczyszczeń. Z tego powodu jest on polecany dla osób ze skórą trądzikową oraz dla każdego, kto chce pozbyć się zaskórników.

enzymy granatu - stosuje się w produktach przeciwzmarszczkowych, gdyż spłycają już istniejące zmarszczki oraz zwiększają sprężystość skóry, wspomagając produkcję kolagenu. Są częstym składnikiem preparatów w pielęgnacji skóry trądzikowej, gdyż wspomagają gojenie się stanów zapalnych. Polecane do cery dojrzałej, suchej i podrażnionej poprawiając jej ukrwienie i koloryt.

Wysoko w składzie znajduje się glinka biała (kaolin), która ma właściwości oczyszczające, matujące, odkażające i wygładzające. Działanie kwasów złagodzone jest nawilżaczami (gliceryną, alkoholem cetylowym, masłem shea, allantoiną). 

SKŁAD INCI: AQUA, KAOLIN, GLYCERIN, CETYL ALCOHOL, BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, DI-C12-13 ALKYL MALATE, MAGNESIUM ALUMINUM SILICATE, PPG-5-LAURETH-5, STEARETH-21, GLYCOLIC ACID, SALICYLIC ACID, XANTHAN GUM, PENTAERYTHRITYL DISTEARATE, SODIUM HYDROXIDE, STEARETH-2, PARFUM, IMIDAZOLIDINYL UREA, ALLANTOIN, DISODIUM EDTA, LACTOBACILLUS/PUNICA GRANATUM FRUIT FERMENT EXTRACT, CITRIC ACID, HEXYL CINNAMAL, BENZYL SALICYLATE, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, LINALOOL, CITRONELLOL, POPULUS TREMULOIDES BARK EXTRACT, CI 77891.


Dla kogo?
Produkt ten ze względu na użyte składniki zalecany jest dla skóry trądzikowej, tłustej i mieszanej. 

Jak często?
Producent zaleca stosować 2 razy w tygodniu, jednak nie w dni następujące po sobie. Ja jednak stosuję rzadziej, ze względu na to, że używam jeszcze inne kosmetyki z kwasami.

Jak używać?
Skin Renweing Peel ma postać kremowej maski i podobnie się go używa. Aplikuje się na oczyszczoną i osuszoną skórę, omijając okolice oczu. W celu uzyskania lepszych rezultatów można delikatnie masować skórę przez 1 minutę. Kosmetyk ten pozostawiamy na skórze maksymalnie 20 minut. Potem należy spłukać i osuszyć skórę. Łatwo się zmywa, nie zastyga na twarzy. Na koniec zostaje już tylko użyć stosowany przez nas kremem. 

Ostrzeżenia:
Nie należy używać tego produktu na podrażnionej lub uszkodzonej skórze. Zawarte w nim kwasy mogą zwiększać wrażliwość skóry na promienie UV, dlatego stosuje się go tylko na noc, a w dzień używa kremy z filtrami. Gdy pierwszy raz używałam ten preparat, to trzymałam go na skórze tylko przez 5 minut. Chciałam zaobserwować jej rekcję. W przypadku wystąpienia podrażnienia należy przerwać stosowanie. U mnie to nie nastąpiło, dlatego z każdym użyciem stopniowo wydłużałam czas trzymania produktu na skórze do 10, 15 i w ostateczności 20 minut. Jeżeli nigdy nie używało się kwasów lub stosowało się je dawno, to najlepiej jest powoli przyzwyczaić do nich skórę. 


Efekty:
Produkty z kwasami mogą powodować uczucie mrowienia czy szczypania. Ja też na początku tego doświadczyłam. Z czasem skóra przyzwyczaiła się i już tego nie odczuwam. Jedynie na policzkach skóra jest nieco zaczerwieniona, ale po posmarowaniu kremem nawilżającym zaczerwienienie mija. Za to efekty, które uzyskuję bardzo mnie zadowalają. Skóra jest gładsza i rozjaśniona. Dzięki delikatnemu złuszczaniu jest odnowiona i zregenerowana, podkłady wyglądają na niej ładniej, a także nie mam problemu z suchymi skórkami. Produkt ten może zaciekawić osoby, które z różnych względów nie mogą używać peelingów mechanicznych. Skin Renewing Peel ma 100 ml pojemności i kosztuje 39,90 zł.

Stosowaliście Skin Renewing Peel?
Co o nim sądzicie?
Czy zainteresowałam Was produktami z kwasami w składzie?
Czytaj dalej »

10 marca 2019

KURACJA KWASAMI W DOMU na przykładzie kremów Summer Peel oraz Hydratin

Zadaniem peelingu chemicznego jest usunięcie martwego naskórka, poprzez nałożenie na skórę mieszanki chemicznej składającej się z odpowiednich substancji. Te substancje to są kwasy, które powodują rozluźnienie martwych komórek naskórka. Złuszczanie za pomocą kwasów określane jest jako EKSFOLIACJA. Zabieg wykonuje się przede wszystkim na twarz, ale można również na szyję bądź dłonie. Stosuje się go w celu poprawy kondycji skóry, dodatkowo można z jego pomocą redukować zmarszczki, blizny oraz przebarwienia skóry. 


Okres jesienno-zimowy jest najlepszy do przeprowadzenia kuracji kwasami. Do tej pory stawiałam na kwas migdałowy, o którym pisałam TUTAJ. Kosmetyki te już mi się skończyły. Byłam bardzo zadowolona z efektów, jednak w tym roku postawiłam na trochę inną kurację. Z bloga kosmostolog.blogspot.com dowiedziałam się o kosmetykach marki NEUTREA i od listopada zaopatrzyłam się w dwa z nich: Summer Peel oraz Hydratin.


SUMMER PEEL jest to krem, w skład którego wchodzą trzy kwasy: migdałowy, laktobionowy oraz azelainowy. Formuła produktu jest bardzo prosta, nie posiada barwników, aromatów, a nawet konserwantów. Łączne stężenie kwasów wynosi 13%, a ich zestawienie działa na wielu płaszczyznach.

SKŁAD INCI: Aqua, Mandelic Acid, Glycerin, Lactobionic Acid, Propylene Glycol, Arginine, Azelaic Acid, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate

Kwas migdałowy to jeden z najpopularniejszych związków stosowanych w kosmetologii profesjonalnej i domowej. Wykazuje działanie odmładzające i przeciwtrądzikowe, jednoczenie jest bardzo delikatny i trudno zrobić sobie krzywdę przy jego pomocy. Bardzo ładnie odnawia powierzchnię skóry, nie ingerując w nią jednak nadmiernie.

Kwas azelainowy z kolei to substancja dobrze znana osobom walczącym z trądzikiem różowatym, czy przebarwieniami. Działa przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie, lekko złuszcza i rozjaśnia przebarwienia. W większych dawkach substancja ta bywa drażniąca, ale jest na tyle łagodna, że zaleca się ją przy wrażliwych i nadreaktywnych cerach oraz w leczeniu rosacea.

Kwas laktobionowy - działa nawilżająco i lekko złuszcza, jest silnym przeciwutleniaczem, dba o dobra kondycję bariery naskórkowej i wycisza układ naczyniowy. Przywraca skórze równowagę na wielu wymiarach. Pokochają go wszystkie cery, szczególnie zaś te bardzo wrażliwe i naczyniowe.


Dla kogo?
Preparat Summer Peel jest zalecany dla cery tłustej i mieszanej, ze skłonnościami do trądziku, wrażliwej i naczyniowej oraz dojrzałej z objawami fotostarzenia i przebarwieniami pozapalnymi.

Jak często?
Summer Peel stosuje się tylko na noc. Niekoniecznie codziennie, bo mimo że są to "lżejsze" kwasy, to mają moc. Każda skóra ma własny próg tolerancji i niestety nie ma gotowego algorytmu stosowania, który sprawdzi się u wszystkich. Częstotliwość należy ustalić indywidualnie na podstawie obserwacji cery. U jednych Summer Peel sprawdzi się codziennie, a u innych tylko 2-3 razy w tygodniu. Dla mnie najbardziej optymalne jest używanie go co 3-4 dni.

Jak długo?
Może być zastosowany w formie odrębnej kuracji lub uzupełnieniem innych preparatów, dlatego to kwestia indywidualna jak długo będzie się go używać. Producent podaje, że krem ten można bezpiecznie stosować przez cały rok. Ja jeszcze się zastanawiam, czy jak zużyję obecne opakowanie, to od razu zacznę następne, czy przeczekam okres lata i powrócę do niego na jesień.

Z czym łączyć?
Preparat świetnie sprawdza się solo, ale można go łączyć z innymi substancjami, w zależności od rodzaju problemu, nad którym chcemy popracować. Nie ma  przeciwwskazań, aby stosować Summer Peel razem z retinolem czy witaminą C. Należy jednak robić to delikatnie, z wyczuciem i obserwować cerę. A już na pewno trzeba połączyć go z kremem nawilżającym. W tym celu producent marki Neutrea stworzył specjalny krem dla cery w trakcie złuszczania kwasami czy retinolem. 


HYDRATIN jest to krem nawilżający. Jego konsystencja nie jest tak idealna jak nawilżaczy produkowanych przez znane koncerny. Porównałabym ją raczej do kosmetyków naturalnych - nie sunie po skórze jak krem z sylikonami, raczej lekko się maże, ale finalnie wchłania się znakomicie. Lubię go za to, że przynosi skórze oczekiwane ukojenie oraz nawilża ją. Ma też dobrą cenę, bo na promocji kosztuje 25,50 zł. Hydratin możemy stosować na dzień lub na noc, bez peelingu albo na peeling Summer Peel. Przy czym nie należy nakładać nawilżacza bezpośrednio na kwas, aby nie zneutralizować jego pH, należy odczekać 15-30 min. Ja używam go wyłącznie na noc i tylko w te dni, kiedy nie stosuję Summer Peel. Dzięki temu jest wydajny - jedno opakowanie używam już czwarty miesiąc. 

SKŁAD INCI: Aqua, Isononyl Isononate, Glycerin, Cetearyl Olivate, Panthenol, Methylpropanediol, Cetearyl Alcohol, Sorbitan Olivate, Hyaluronic Acid, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Allantoin, Caprylyl Glycol, Propylene Glycol, Phelnylpropanol.

EFEKTY - czyli czy kuracja ta rzeczywiście działa?
Na początku nie widziałam żadnej różnicy w wyglądzie skóry. Po kilku dniach zaczęło mi „wyciągać” drobne zmiany podskórne, a te, które już miałam szybciej się goiły. Stopniowo w kolejnych tygodniach zauważyłam delikatne rozjaśnienie cery, w tym przebarwień po wypryskach, które rozdrapałam. Skóra zrobiła się też bardzo gładka, ponieważ kwasy usuwają martwe komórki warstwy rogowej. Potem zaobserwowałam, że oczyściły się i znacznie zmniejszyły rozszerzone pory. Ta mieszanina kwasów działa skutecznie, a zarazem jest bardzo delikatna dla skóry. Nie wystąpiło u mnie podrażnienie, wysuszenie czy uwrażliwienie podczas stosowania tego produktu. Summer Peel nie ma kompozycji zapachowej, co według mnie jest zaletą. Pachnie tylko użytymi składnikami. Perfumy działają na nasze zmysły, uprzyjemniają stosowanie kremów i pomagają producentom w ich sprzedaży, ale nie są potrzebne naszej skórze - to sztuczny dodatek, który może ją tylko podrażnić. Summer Peel w promocji kosztuje obecnie 33,50 zł.


Stosowaliście kosmetyki z kwasami w domu?
Używaliście kremu Summer Peel lub Hydratin?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

3 marca 2019

REVOLUTION - Beauty Legacy by Maxineczka

Kanał Maxineczki oglądam od początku jego powstania. Bardzo dużo od niej się nauczyłam. Właściwie całe podstawy mojego makijażu zawdzięczam Joasi - Maxineczce. Ucieszyłam się, że ma możliwość wydać swoją paletę. Jednak nie byłam zainteresowana jej zakupem, ponieważ cienie do powiek, które mam wystarczają mi. Cena tej paletki nie jest wysoka, bo kosztuje 49,99 zł. Ostatnio były jednak na nią wyprzedaże i jak widzicie po tytule tego posta - postanowiłam ją jednak kupić. Zapłaciłam za nią ok. 30 zł. Paletka ta wzbudza wiele kontrowersji - jedni ją uwielbiają, inni nie za bardzo. Chciałam przekonać się sama jaka ona jest. 


Kolorystyka tych cieni bardzo mi się podoba. Znajduje się tu wszystko co potrzeba do dziennego i wieczorowego makijażu. Paleta jest wielofunkcyjna, ponieważ te większe prostokąty mogą być używane jako róż, bronzer i rozświetlacz, ale też jako cienie do powiek. Podoba mi się to założenie. Znajduje się tu też lusterko. A wszystko razem mieści się w niedużej paletce. Jest ona kartonowa, czyli zarazem lekka. Dlatego można ją zabrać w podroż i to by wystarczyło, aby wykonać makijaż.


Problem pojawia się jeśli chodzi o jakość cieni. Z niektórymi fajnie się pracuje, inne są bardzo słabe. Jednych wystarczy niedużo użyć, aby wyglądały ładnie, inne tracą na pigmentacji w trakcie aplikacji na powiekę. Są tutaj też kolory, które inaczej wyglądają w palecie, a inaczej prezentują się na powiece. Po miesiącu codziennego używania tej palety okazało się, że znajdują się w niej tylko 3 cienie, które lubię używać. Z pozostałymi zbyt ciężko się pracuje lub źle czuję się w makijażu z użyciem takich kolorów. 


PURE GLOW - ten cień może też być rozświetlaczem. Jego kolor podoba mi się, ale tylko w opakowaniu. W rzeczywistości jest bardzo słabo napigmentowany. Nie sprawdza się do rozświetlenia oczu w kącikach, ani na całą powiekę, ani tym bardziej jako rozświetlacz. On po prostu gubi pigment  i ginie w tłumie innych kolorów. Obecnie nie używam go wcale.

LOVE'S HUE - ten cień może być też różem. Niestety jego kolor jest okropny. Gdy aplikowałam go jako róż, to bardzo źle się w nim czułam. Ten kolor jest zbyt ceglasty. Potwierdzają to opinie innych ludzi, którzy mnie w takim makijażu widzieli. Zaczęłam używać go na powieki. Jednak również i w tym przypadku źle się czułam, a wykonany makijaż mi się nie podobał. Obecnie nie używam go wcale.

THE GRAND TAN - ten cień może też być bronzerem. Zaczęło się niezbyt pozytywnie, ale przejdźmy teraz do wielkiego pozytywnego kopa. To jest jeden z tych cieki, które bardzo lubię w tej palecie. Ma piękny odcień brązu - uwielbiam go jako bronzer, ale nieraz do załamania powieki też używam. Dobrze się z nim pracuje: łatwo aplikuje, rozciera i blenduje. 


CANVAS - to taki podstawowy, bazowy cielisty cień. Nie mam mu nic do zarzucenia. Dobrze się go używa. Kolor też ma fajny - ładnie stapia się z kolorem mojej skóry.

ASH - cień kolorystycznie bardzo podobny do The Grand Tan, tylko trochę ciemniejszy. Powinien być świetny do podkreślania załamania powieki, a nie jest. Podoba mi się ten kolor, ale nie lubię go używać, ponieważ źle mi się z nim pracuje. Nie blenduje się równomiernie, tylko tworzy plamy.

BRICK - jest to kolejny odzień brązu, tylko nieco cieplejszy. Kolor ładny, ale z nim również źle mi się pracuje. Mam do niego te same zarzuty, co do cienia ASH.



CRYSTAL - w opakowaniu wygląda bardzo ładnie. Taki połyskujący różowy kolor. Niestety na powiece prezentuje się okropnie. Pasowałby mi do aplikacji na całą powiekę, bo lubię takie kolory. Niestety na powiece wygląda bardzo brzydko. Nie wiem jak to inaczej określić, ale dla mnie wygląda on po prostu jak taki "chamski brokat".

COPER - znów natrafiamy na cień, który lubię. Jest to ładny, nieco opalizujący brąz. Dobrze się aplikuje na powiekę, nie traci na intensywności i ładnie się blenduje z innymi cieniami. 

PETAL - piękne borbo. Podobają mi się takie kolory. Niestety on ładnie wygląda tylko w palecie. Na oku traci już na pigmentacji. Nie da się go dołożyć, aby wzmocnić kolor. Niestety nie podoba mi się. 


ORCHID - jest to cień który zupełnie inaczej wygląda w opakowaniu, bo jak ciemny granat. A po aplikacji na powiekę to już zupełnie inny kolor - staje się wtedy fioletowy. Jest on bardzo ciekawy, jednak ja źle czuję się w takich kolorach i nie sięgam po niego zbyt często. 

SMOKE - to bardzo ciemny brąz. Lubię takie kolory po podkreślania zewnętrznego kącika oka. Niestety jest on słabo napigmentowany i ginie wśród innych cieni. Nic nie przyciemnia. 

NIGHT - czarny kolor, co do którego nie mam zastrzeżeń. Mógłby on nawet być czwartym moim ulubionym cieniem z tej palety, ale ja rzadko czarny cień używam.


No cóż - niestety nie zaliczam się do wielbicieli tej palety. Lubię z niej używać tylko 3 cienie. Po resztę sięgam bardzo rzadko lub wcale. Nie mam porównania do innych cieni marki Revolution, ponieważ ich nie miałam. Moje porównanie opiera się na wrażeniach z używania cieni innych marek, jak na przykład Zoeva, Too Faced, KOBO, Golden Rose, Nabla, My Secret czy Glam Shop. Specjalnie kupiłam nawet ulubiony korektor Maxineczki, który stosuje pod cienie, czyli Collection Lasting Perfection. Jednak to też nie pomogło w polepszeniu mojej opinii o tej palecie. Po oglądnięciu i przeczytaniu wielu pochwał na jej temat, zastanawiam się czy jest ona taka kiepska czy to może kwestia partii danej palety na jaką trafiłam.

Mieliście paletę Beauty Legacy?
Co o niej sądzicie?
Czytaj dalej »