18 lutego 2017

Blogowa zabawa - co jest w mojej torebce

Chętnie czytam tego typu posty, więc czemu nie napisać o tym i u mnie? A tak właściwie, to zmobilizował mnie to tego wpis Ani z bloga Balbina Ogryzek. Dołączam do zabawy i już pokazuję co jest w mojej torebce. Nie noszę przy sobie żadnych dziwnych przedmiotów. Tylko, to co jest mi potrzebne. Czasem robi mi się bałagan ze zbyt dużej ilości trzymanych paragonów. Jednak dziś był akurat dzień sprzątania torebki.



Może zacznę od tego, że mam zawsze dużą torebkę. Małe się u mnie nie sprawdzają. Na co dzień nie trzymam w niej wiele, ale potrzebuję sporo wolnego miejsca. Związane jest to z tym, że gdy zrobię mniejsze zakupy, to nie lubię ich nosić w osobnych reklamówkach, tylko dorzucam do torebki. Pozostając jeszcze przy temacie torebek, to nie mam ich zbyt wiele. Mam jedną jasną i jedną ciemną. Najczęściej wygląda to u mnie tak, że jak "czepię" się jednej torebki, to noszę ją do czasu aż się rozleci i nie nadaje się już do użytku. Wtedy kupuję nową. Nie jestem torebkoholiczką.


Podstawę organizacji torebki - można nawet rzec, że jej rdzeń - stanowi kosmetyczka, w której trzymam najpotrzebniejsze przedmioty. Mam tu długopisy, kartki do notowania i kalendarzyk, bo często coś zapisuję. Zawsze pod ręką chcę mieć też lusterko, bibułki matujące, krem do rąk i coś nawilżającego do ust (najczęściej bezbarwną pomadkę lub błyszczyk). W torebce noszę też tabletki (coś przeciwbólowego, Stoperan i Nospe). Mam też reklamówkę, w razie gdy trzeba spakować większe zakupy. A także mały, składany parasol. Czerwony portfel dostałam jakiś czas temu w ramach współpracy. Mam już go prawie rok i bardzo dobrze się trzyma. Więcej jego zdjęć zamieściłam w tym poście.


Gdy zmieniam torebkę, to przekładam tą kosmetyczkę plus kilka innych rzeczy (m.in. dokumenty z kieszonki, klucze do domu) i już jestem przepakowana. 

A Wy co nosicie w swoich torebkach? 
Dołączycie do zabawy i pokażecie?
Czytaj dalej »

12 lutego 2017

LILY LOLO prasowany róż do policzków

Czy zdarzyło Wam się mieć ropne zmiany na policzkach, podczas gdy reszta cary była w dobrym stanie? Ja doświadczałam takiej sytuacji. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że jest to związane z reakcją skóry na barwniki (a szczególnie czerwony) zawarte w różach do policzków. Mogą one powodować wysypki i podrażnienia. A występują w miejscu, gdzie aplikujemy róż. Niestety te zmiany na skórze długo się potem goją. Przypuszczam, że wiele osób może o tym nie wiedzieć. 


Nie chcę rezygnować z używania róży do policzków, ponieważ lubię efekt jaki dają. Dlatego postanowiłam zacząć używać te z naturalnym składem, bo chciałabym mniej szkodzić mojej skórze i nie pogarszać jej stanu. Z tego powodu do moich kosmetyków dołączył prasowany róż marki Lily Lolo.


Lily Lolo ma jeszcze w ofercie róże sypkie. Jednak ja wolałam ten prasowany. Jest to fajne rozwiązanie dla osób lubiących minerały, ale niemogących opanować ich sypkiej formuły. Róż znajduje się w małym, eleganckim opakowaniu z lusterkiem mieszczącym 4g produktu. Jest to fajne rozwiązanie, bo nie zajmuje dużo miejsca w kosmetyczce.


Róż kosztuje 60,20 zł i można go kupić TUTAJ. Nie jest to mało, ale jest bardzo wydajny, ma świetny skład, a dodatkowo warto wypatrywać różnych promocji w sklepie.


Spodobał mi się odcień Coming up Roses. Jest to brudny, chłodny róż o matowym wykończeniu. W okresie jesieni i zimy lubię sięgać po takie kolory. W opakowaniu wygląda na bardzo ciemny kolor. Jednak dopiero po aplikacji na skórze ukazuje się całe jego piękno. Jest on bardzo mocno napigmentowany. Wystarczy leciutko musnąć po nim pędzlem, a już nabiera się go wystarczająco. Dlatego używam go około dwa tygodnie, a nie widać żadnego zużycia.


Odkąd go używam ten róż, to nie pojawiają mi się nowe zmiany ropne na policzkach. Tylko te, które już miałam goją się. Wszystko to dzięki temu, że ma on bardzo fajny skład. Gdybym nie wiedziała, że to róż, to wzięłabym go za kosmetyk pielęgnacyjny. W składzie zawiera m.in.: olej jojoba, olej arganowy, olej z pestek granatu, olej manuka. No spójrzcie sami na ten skład: 
MICA, SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, ARGANIA SPINOSA (ARGAN) KERNEL OIL, PUNICA GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL, TOCOPHEROL, HELIANTUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, LEPTOSPERMUM SCOPARIUM (MANUKA) OIL, SODIUM HYALURONATE, ERYNGIUM MARTIMUM CALLUS CULTURE FILTRATE, [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)]


Jeśli chodzi o trwałość, to jest ona dobra. Aplikowałam go zarówno na podkład mineralny jak i tradycyjny. Za każdym razem nie miałam mu nic do zarzucenia. Podoba mi się w nim też to, że intensywność koloru na skórze zależy od ilości nakładanych warstw. A dodatkowo jest to kosmetyk wegański. Lubię go używać i bardzo chętnie po niego sięgam. Jak na razie nie mam mu nic do zarzucenia.

Mieliście róże do policzków marki Lily Lolo?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

4 lutego 2017

Wishlist




Lubię na innych blogach przeglądać wishlisty. Zwłaszcza te kosmetyczne. Często zdarza się też tak, że jakieś z tych rzeczy mnie zainteresują, więc trafiają potem i na moją listę. Dziś chciałabym Wam zaprezentować co się na niej znajduje.



1. Holika Holika DODO CAT Glow Cushion BB - miałam już do czynienia z typowymi azjatyckimi kremami BB. Byłam z nich zadowolona. Teraz jednak chciałabym wypróbować jak używa się i jaki efekt daje cushion. Producent opisał go jako lekki krem BB "na gąbeczce", ponieważ aplikuje się go w ten sposób. Dodatkowo bardzo podoba mi się to opakowanie z kotem.

2. NABLA pudrowy bronzer - obecnie chętnie sięgam po bronzer marki KOBO w kolorze Sahara Sand. Zaczyna on jednak już powoli kończyć się i coraz więcej dna widać w opakowaniu. Czytałam wiele dobrych opinii na temat kosmetyków marki Nabla. Między innymi ich bronzery są chwalone. Chciałabym teraz wypróbować jakiś inny. Zastanawiam się nad tym w odcieniu Gotham.

3. Golden Rose zestaw do stylizacji brwi - ostatnio testuje różne produkty do brwi. Zaciekawiła mnie jedna z nowości GR, a mianowicie ten zestaw cieni z woskiem w odcieniu numer 2 Ash.



4. PUPA kolekcja limitowana RED QUEEN - rzadko kiedy zdarza się tak, że podoba mi się większość produktów z jakiejś kolekcji. Przeważnie 1 lub 2. W przypadku Red Queen chciałabym wszystko. Niestety trudno jest mi się zdecydować co wybrać. A powinnam się spieszyć, bo produkty te już zaczynają się kończyć i coraz trudniej je dostać.



5. BIO IQ kosmetyki - w lutym skończy mi się kilka kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji twarzy, m.in. krem, serum, peeling enzymatyczny. Chciałabym teraz wypróbować inne, a że zaciekawiła mnie marka BIO IQ, to pewnie coś u nich poszukam.



6. The WET BRUSH - mój Tangle Teazer jest już coraz bardziej wymęczony, dlatego zastanawiam się nad jakąś inną szczotką. W filmiku z ulubieńcami 2016 roku  Katosu pokazała szczotki tej marki. Zaciekawiły mnie one i się zastanawiam na zakupem tej pokazanej tu na zdjęciu.

7. Glam Shop - bardzo podoba mi się to jak Hania rozwija swój sklep i jakie nowości wprowadza. Chciałabym w tym roku wypróbować jej cienie do powiek. Nie wiem jeszcze czy kupię kilka z tych pojedynczych, czy zdecyduję się na którąś z edycji Glam Box. 

8. Makeup Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation - w zeszłym roku sporo czytałam na jego temat i stwierdziłam, że chciałabym go w końcu wypróbować.
Czytaj dalej »

30 stycznia 2017

Kity, hity i inspiracje stycznia



W zeszłym roku drukowałam przykładowe strony z różnych plannerów, aby sprawdzić czy taka organizacja się u mnie sprawdzi. Niestety nie sprawdziła się. Próbowałam też prowadzić Bullet Journal - to również jest nie dla mnie. Co prawda są sprawy, które muszę sobie zanotować, ale nie mam ich aż tyle, żeby był mi potrzebny do tego duży planner.


W przyszłości różnie może jeszcze być, ale na chwilę obecną wystarcza mi taki mały kalendarzyk. Mój jest akurat z Pepco - kosztował ok. 7 zł. Ma ładną okładkę w piórka, jest niewielki i mogę go nosić w torebce. Ma on także miejsce na dodatkowe notatki  na dole strony. Biorąc pod uwagę moje obecne potrzeby taki kalendarz jest dla mnie wystarczający.



Kity, które próbowałam używać, ale nie podoba mi się ich działanie, to dwa produkty od Lirene. Miałam już wiele kosmetyków tej marki, z których jestem bardzo zadowolona. Jednak czasem trafiają się też i takie, z którymi się mniej polubię.


Gdy szukałam opinii o tym perłowym musie do ciała Orientalna Magnolia, to znalazłam wiele pozytywnych. Ja niestety nie należę do osób lubiących balsamy rozświetlające. Denerwują mnie te błyszczące drobinki na skórze. Jedyne co mi się w nim podoba to zapach. Jest taki słodko kwiatowy. I to wszystko.


Niestety nie radzi sobie z nawilżeniem mojej skóry. Nie mam problemów z jej suchością. Zaraz jak tylko ten perłowy mus się wchłonie, to moja skóra w dotyku jest taka sama jak była przed posmarowaniem. Z tą różnicą, że się strasznie błyszczy. Pozostaje na niej wiele malutkich i delikatnych błyszczących drobinek. Mi one przeszkadzają. Dlatego oddałam go mamie. Ja nie mogę się do niego przekonać.


Kolejny produkt to Egzotyczna Orchidea wygładzający balsam pod prysznic. Jest on bardzo kremowy. Używanie go to tak jakby się myć balsamem (w końcu to jest przecież balsam do mycia). Ma oczyszczać skórę, a po kąpieli nie mamy już mieć potrzeby zastosować balsamu nawilżającego. Dla mnie trochę dziwne połączenie. Niestety nierównomiernie się go rozprowadza po skórze. W jednych miejscach jest go za dużo, a w innych za mało. Nie pieni się, ale to nie byłby problem, bo nieraz już miałam różne niepieniące się emulsje do mycia i dobrze się ich używało. Ten niestety nie oczyszcza skóry, ani jej też nie nawilża. Po jego użyciu czuję się dalej brudna, a do tego oblepiona. Niestety, jak to mówią: temu panu już podziękujemy.



Tak jak wspominałam w poście z moimi planami na jesień i zimę - rozpoczęłam depilację laserową pach. Jestem już po kilku zabiegach. Włosów jest mniej, ale to jeszcze nie koniec moich wizyt w salonie kosmetycznym. Po każdym takim zabiegu skóra jest podrażniona działaniem lasera. W łagodzeniu tych podrażnień sprawdza się u mnie Alantan. Drugim produktem, po który często sięgałam i bardzo mi pomógł jest maść ochronna z witaminą A. Myślę, że nie muszę się tu o niej rozpisywać, bo chyba każdy o niej słyszał i ją stosował. Mi też wiele razy pomogła, zwłaszcza z walką z podrażnieniem nosa po długotrwałym katarze.



Chciałabym również wspomnieć o bardzo fajnym tuszu do rzęs, który ostatnio używałam. Jest to Rimmel Extra 3D Lash. Do tuszy tej firmy podchodziłam sceptycznie, bo do tej pory nie trafiłam na żaden, który by sprostał moim oczekiwaniom. Ten kupiłam przypadkiem, bo był na promocji i spodobała mi się jego szczoteczka. Okazał się bardzo dobry, ponieważ ładnie podkreśla i rozczesuje rzęsy. Na początku był nieco za rzadki, ale to dobrze, bo z czasem zgęstniał i stał się w sam raz. Dzięki temu wystarczył mi na parę miesięcy. Daje efekt naturalnych rzęs, lekko je wydłuża i nie skleja. Jedna jego warstwa wystarczyła, aby osiągnąć efekt taki jaki lubię.


W styczniu natrafiłam na kilka ciekawych filmów. Pierwszy z nich to "Iluzjonista" (2006 r.). Jest w tym filmie trochę elementu baśniowego, ponieważ główny bohater to syn biednego rzemieślnika, który zakochuje się w pięknej księżniczce. Ich uczucie nie ma żadnych szans, a dodatkowo rodzina dziewczyny szybko ich rozdziela. Spotykają się dopiero po latach. Ona ma zostać żoną następcy tronu, on jest iluzjonistą znanym jako Einsenheim. Swoimi występami przykuwa uwagę pretendenta do tronu - Księcia Leopolda. Pewien, że iluzjonista jest jedynie oszustem, Książę zjawia się na jednym z przedstawień mężczyzny celem zdemaskowania jego występu. Odtąd rozpoczyna się wielka potyczka pomiędzy iluzją a rzeczywistością.


Jest to bardzo wciągający film, ze znakomitym zakończeniem. W przypadku większości filmów jestem w stanie przewidzieć co się wydarzy na końcu, tutaj jednak nastąpiło całkowite zaskoczenie. W komentarzach pod tym filmem wiele osób polecało obejrzeć również "Prestiż" (też z 2006 r.). Film opowiada o dwóch młodych iluzjonistach, którzy żyją w przyjaznych stosunkach. Gdy ginie żona jednego z nich, mężczyźni stają się śmiertelnymi wrogami. Chociaż między nimi narasta coraz większa wrogość, to łączy ich obsesja na punkcie magicznego rzemiosła. A pragnienie prześcignięcia rywala w sztuce iluzji zaczyna być dla obu coraz bardziej niszczące. Film ten obfituje w wiele zaskakujących zwrotów akcji.


Na koniec jeszcze polecam film "Dzieci z Jedwabnego Szlaku" (2008 r.).  Jego akcja toczy się w latach 30 XX wieku, gdy japońska armia okupowała większość chińskiego terytorium. Centrum Szanghaju pozostawało jednak enklawą europejskiego luksusu i względnej wolności. W grudniu 1937 r. armia japońska rozpoczęła napaść na  Nanjing - miasto leżące kilka godzin drogi od Szanghaju. Pomimo blokady wojenni reporterzy prasowi chcieli dotrzeć do Nanjing. Jednym z nich był młody Anglik George Hogg. Podstępem udało mu się tam dostać. Mężczyzna cudem unika śmierci za sprawą chińskiego partyzanta i amerykańskiej sanitariuszki. Następnie zostaje opiekunem grupy chińskich sierot wojennych. Pamięć o nim pozostała żywa wśród ocalonych. Film ten jest oparty na prawdziwej historii.

Czytaj dalej »