26 marca 2017

Dr Irena Eris Holistic Club

Czy słyszeliście o Holistic Club? Bo ja nie. Jest to program lojalnościowy marki Dr Irena Eris. Dowiedziałam się o nim przypadkiem. Tak się składa, że używam bardzo mało produktów tej marki. Postanowiłam trochę to zmienić. Skończył mi się podkład, dlatego skorzystałam z niedawnych promocji w drogeriach i kupiłam nowy. Tym razem chciałam wypróbować Provoke Dr Ireny Eris, ponieważ zbiera on dużo dobrych recenzji. Po jego wyjęciu z kartonika znalazłam tam jeszcze małą karteczkę z kodem i informacją, że na stronie http://www.club.drirenaeris.com/ można zdobywać prezenty za kody.



Program ten polega na zbieraniu punktów na platformie i wymianie ich na nagrody. Najpierw jednak trzeba się zarejestrować. Kupony znajdują się w kosmetykach, które zapakowane są w kartoniki (ponieważ nie ma do nich dostępu personel sklepów, w których są one sprzedawane). Kod z kuponu trzeba wpisać na platformę klubu. Kupony mogą być 6-znakowe - wymagają one wpisania jeszcze 6 cyfr z kodu kreskowego z opakowania - oraz nowsze 10-znakowe, które nie mają już dodatkowych wymogów. Punkty dostaje się również za korzystanie z usług w Kosmetycznych Instytutach i Hotelach Spa Dr Ireny Eris. Są one automatycznie naliczane na konto - wystarczy tylko na recepcji podać login jaki mamy w programie. 




Za zabrane punkty można wybrać nagrody. Są one pokazane w katalogu w strefie prezentów. Jest ich kilkadziesiąt do wyboru. Mogą to być kosmetyki do makijażu, kosmetyki pielęgnacyjne, vouchery rabatowe lub inne (np. notes). 




Za rejestrację kuponu z zakupu podkładu Provoke otrzymałam 100 punktów. Za kilka dni mam jeszcze otrzymać punkty powitalne za założenie konta w programie. A potem zobaczymy jak to będzie dalej wyglądało z moim kupowaniem kosmetyków tej marki. 



Słyszeliście o Holistic Club?
Co sądzicie o tym programie?
Czytaj dalej »

19 marca 2017

Moje niedawne odkrycie: kosmetyki Balance Me

Dzisiejszy post to nie jest recenzja. Nie opisuję na blogu próbek. No chyba, że o jakichś wspomnę w zużyciach. Dziś jednak postanowiłam zrobić od tego wyjątek. Odkryłam ostatnio ciekawą markę kosmetyczną, ale jak na razie wszystkie produkty, które przetestowałam są w formie próbek. Jednak niektóre z nich są dość spore, bo mają 40 - 50 ml pojemności. Ta marka to Balance Me, a natknęłam się na nią będąc jakiś czas temu w TkMaxx.


Zainteresowałam się tymi kosmetykami, ponieważ spodobały mi się ich składy. Są bardzo naturalne, zawierają składniki, które lubi moja skóra, nie ma tam żadnych zapychaczy typu parafina. Postanowiłam kupić dwa zestawy próbek, aby przekonać się, czy warto sięgnąć też i po pełnowymiarowe.


W skład pierwszego zestawu wchodzą:
- Pure Skin Face Wash (50 ml) - czyli coś do mycia twarzy
- Balancing Face Moisturiser (10 ml) - lekki krem nawilżający
- Radiance Face Mask (30 ml) - maseczka do twarzy
- Congested Skin Serum (7 ml) - serum do twarzy


Drugi zestaw zawiera:
- Cleanse and Smooth Face Balm - kolejny produkt do mycia twarzy
- Moisture Rich Face Cream - krem nawilżający o gęstej i treściwej konsystencji
- Natural Protection Moisturiser SPF25 - krem z filtrem SPF 25
- Wonder Eye Crean - krem pod oczy
- Rose Otto Face Oil - olejowe serum do twarzy

Z tych wszystkich próbek kilka zwróciło moją szczególną uwagę. Dlatego rozważam zakup ich pełnowymiarowych opakowań. Chciałabym się dziś z Wami podzielić tym moim nowym odkryciem kosmetycznym, a przy okazji może też mi troszkę pomożecie. 


Jednym z tych kosmetyków, które mnie bardzo zaciekawiły jest Pure Skin Face Wash, czyli produkt przeznaczony do mycia twarzy o bardzo lekkiej konsystencji (mimo że w składzie zawiera sporo olejów). Fajnie oczyszcza skórę, a przy okazji jej nie wysusza. Wśród tych próbek znalazł się jeszcze drugi kosmetyk do oczyszczania twarzy (Cleanse and Smooth Face Balm), ten mnie jednak nie zachwycił. Ma on bardzo gęstą i tłustą formułę, źle się go rozprowadza po skórze, a do tego po zmyciu pozostawia tłusty film. To nie dla mnie - ja wolę ten o lżejszej formule, a jego skład INCI jest następujący:
Aqua, Decyl Glucosite, Lauryl Glucosite, Oryza Sativa (Rice) Barn Oil, Glycerin (Vegetable), Potato Starch Modified, Xanthan Gum, Moringa Oleifera (Moringa) Seed Oil, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Picea Albies (Spruce Knot) Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Anthemis Nobilis (Roman Chamomile) Flower Oil, Boswellia Carterii (Frankincense) Gum Oil, Citrus Aurantium Amara (Petitgrain/Bitter Orange) Leaf/Twig Oil, Cymbopogon Martini (Palmarosa) Leaf Oil, Cananga Odorata (Ylang Ylang) Flower Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid Potassium Sorbate, Citric Acid, Limonene, Linalool, Geraniol.


Drugim kosmetykiem, który zwrócił moją uwagę jest Rose Otto Face Oil. Ten olejek do twarzy znajdował się w malutkim opakowaniu, bo miał tylko 5 ml pojemności, ale wystarczył mi na dwa tygodnie stosowania. Był bardzo wydajny, ponieważ na jedną aplikację używałam tylko kilka jego kropelek. Smarowałam tym z powodzeniem twarz, szyję i nieco dekolt. Jak na olejową formułę, to wchłaniał się dość szybko, a jak na naturalny produkt miał śliczny zapach (nieraz tego typu kosmetyki mają mocne, ziołowe zapachy, a ten nie). Do tego jeszcze spodobał mi się jego skład:
Olea Europea (Olive) Fruit Extract, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Camellia Oleifera (Camellia) Seed Oil, Limnanthes Alba (Meadowfoam) Seed Oil, Avena Sativa (Oat) Kernel Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Rosa Canina (Rosehip) Fruit Oil, Crambe Abyssinica (Abyssinian) Seed Oil, Borage Officinalis (Borage) Seed Oil, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Oil, Viola Odorata (Violet) Leaf Oil, Nelumbo Nucifera (Lotus) Flower Extract, Squalane (Olive), Rubus Chamaemorus (Cloudberry) Seed Oil, Tocopherol (Vitamin E), Rosa Damascena (Rose Otto) Flower Oil, Pelargonium Graveolens (Rose Geranium) Flower Oil, Cymbopogon Martini (Palmarosa) Oil, Limonene, Linalool, Geraniol, Citral, Citronellol, Eugenol, Farnesol.


Kolejny kosmetyk, który polubiłam używać to Moisture Rich Face Cream. Jest to taki gęsty i treściwy krem, który zapewnia mojej skórze odpowiednią dawkę nawilżenia. Jego skład oparty jest na maśle Shea, olejku jojoba, które moja skóra bardzo lubi. Jest tu też mieszanka wielu innych olejków:
Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glycerin (Vegetable), Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Glyceryl Stearate SE, Cetearyl Alcohol, Cetyl Ricinoleate, Polyglyceryl-3 Dicitrate/Stearate, Aleurities Moluccana (Kukui) Seed Oil, Camellia Oleifera (Camellia) Seed Oil, Rosa Canina (Rosehip) Fruit Extract, Rubus Chamaemorus (Cloudberry) Seed Extract, Aloe ?Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Pelarogonium Graveolens (Rose Geranium) Flower Oil, Rosa Centifolia (Rose Absolute) Flower Oil, Citrus Limon (Lemon) Peel Oil, Styrax Benzoin (Benzoin) Resin Extract, Chondrus Crispus (Carrageenan), Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Extract, Tocopherol (Vitamin E), Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Sodium Stearoyl Lactylate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Potassium Sorbate, Citric Acid, Citronellol, Geraniol, Linalool, Citral, Limonene, Eugenol, Farnesol, Benzyl Benzoate.


Przypuszczam, że gdy zrobi się cieplej, to ten krem będzie już za ciężki dla mojej skóry, ale wtedy pewnie chętnie sięgnęłabym po Balancing Face Moisturizer, który obecnie jest dla mnie za lekki.


Ostatni kosmetyk, o którym tu wspomnę zachwycił mnie najbardziej. A jest nim Congested Skin Serum. Przeznaczone jest ono do wszystkich typów cery. Ma za zadanie uspokajać skórę, przywracać jej równowagę i koić. To serum świetnie sprawdza się w przypadku mojej mieszanej cery. Genialnie równoważy tłustą strefę T z pozostałymi suchymi partiami skóry twarzy. Stosuję je rano pod makijaż. Dzięki niemu skóra nie przetłuszcza się zbyt mocno. Jestem w dużym szoku, że jak zrobię makijaż koło 6 rano, to pierwsza bibułka matująca idzie w ruch dopiero koło godzony 13. Czegoś takiego do tej pory jeszcze nie doświadczyłam. Wystarczy mi tylko jedno użycie bibułki w ciągu dnia. Do tej pory częściej musiałam po nie sięgać. Przy okazji może zaprezentuję tutaj jego skład:
Aqua, Oryza Sativa (Rice) Barn Oil, Glycerin (Vegetable), Moringa Oleifera (Moringa) Seed Oil, Picea Abies (Spruce Knot) Extract, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Papaver Rhoeas (Corn Poppy) Flower Extract, Iris Florentina (Iris) Root Extract, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flover Oil, Citrus Lomon (Lemon) Peel Oil, Litsea Cubeba (May Chang) Fruit Oil, Eucalyptus Globulus (Eucalyptus) Leaf Oil, Anthemis Nobilis (Roman Chamomile) Flower Oil, Kunzea Ericoides (Kanuka) Leaf Oil, Eugenia Caryophyllus (Clove) Bud Oil, Chondrus Crispus (Carrageenan), Sclerotium Gun, Xanthan Gum, Sorbitan Laurate, Sodium Stearyl Glutamate, Polyglyceryl-4 Laurate, Dilauryl Citrate, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Limonene, Linalool, Geraniol, Citral, Citronellol, Eugenol.
 

Może też to, że stosuję te kosmetyki wszystkie razem daje taki fajny efekt na skórze, ale mimo to bardzo chciałabym kupić to serum. Niestety w TkMaxx, do którego chodzę, pełnowymiarowe produkty marki Balance Me mają tylko do rąk i do ciała. Dlatego tu mam pytanie do was:
- stosowaliście kosmetyki marki Balance Me?
- a może wiecie, gdzie można je w Polsce kupić?

Ciekawa jestem czy zagląda tu ktoś, kto stosował te kosmetyki i jakie ma zdanie na ich temat?
Czytaj dalej »

5 marca 2017

Z polecenia nissiax83: Lily Lolo Naturalny tusz do rzęs oraz Naturalny błyszczyk do ust. Jak sie u mnie sprawdziły/czy jestem z nich zadowolona?

W filmie z ulubieńcami roku 2016 Agnieszka (nissiax83) pokazywała między innymi Naturalny błyszczyk do ust oraz Naturalną mascarę marki Lily Lolo. Tak się złożyło, że ja w tym czasie używałam tusz z Catrice, z którego nie byłam zadowolona - wspominałam o nim w tym poście. Dlatego szukałam jakiegoś innego. Zdarzało mi się już kupować kosmetyki, które Agnieszka polecała, dlatego chciałam wypróbować ten tusz, a przy okazji również i błyszczyk.



Lily Lolo naturalna mascara

Występuje tyko w kolorze czarnym. Mi to nie przeszkadza, bo tylko po takie odcienie tuszy do rzęs sięgam. Ma mocny czarny kolor. Znajduje się w biało-czarnym opakowaniu. Jest ono bardzo minimalistyczne graficznie, ponieważ zamieszczone jest na nim tylko logo marki. Dzięki temu ładnie się prezentuje, a więcej informacji o tuszu znajduje się na jego kartonowym opakowaniu. Już od pierwszego użycia miał odpowiednią konsystencję. Używam go przez około miesiąc i jak na razie nie gęstnieje.


Tusz zaopatrzony jest w zwykłą szczoteczkę, nie silikonową. Jednak bardzo dobrze się ją używa, głównie dlatego, że ładnie pogrubia, wydłuża rzęsy i nie robi na nich grudek. Świetnie je rozdziela i układa w ładny wachlarz. Moje rzęsy potrzebują do tego odrobine pomocy w postaci użycia zalotki, ale tusz robi całą resztę roboty. Nie ma potrzeby nakładania kilku jego warstw - mi spokojnie wystarcza jedna. W trakcie malowania nie odbija się na powiece i nie rozmazuje się. Ogólnie nie kruszy się i wytrzymuje cały dzień na swoim miejscu. Z jednym małym wyjątkiem. W lutym przez kilka dni był większy mróz. Wtedy tusz lekko się kruszył i ścierałam małe, czarne drobinki spod oczu. Jednak poza tym bardzo dobrze się spisuje. 


Jest to pierwszy naturalny tusz do rzęs, z którym mam styczność. Dodatkowo jest on odpowiedni dla wegan. Jak na pierwszy raz, to jestem zadowolona z tego jak podkreśla rzęsy i jak się go używa. Znajduje się w opakowaniu pojemności 7 ml, jego cena to: ok. 70 zł.

SKŁAD INCI: AQUA, MYRICA PUBESCENS FRUIT CERA (MYRICA PUBESCENS FRUIT WAX), PROPANEDIOL, COPERNICIA CERIFERA CERA (COPERNICIA CERIFERA (CARNAUBA) WAX), POLYGLYCERYL-6 DISTEARATE, SUCROSE STEARATE, ACACIA SENEGAL GUM, GLYCERYL DIBEHENATE, HELIANTHUS ANNUS (SUNFLOWER) SEED WAX), LACTOBACILLUS FERMENT, BIS-OCTYLDODECYL DIMER DILINOLEATE/PROPANEDIOL COPOLYMER, POLYGLYCERYL-10 MYRISTATE, ORYZA SATIVA BRAN CERA (ORYZA SATIVA (RICE) BRAN WAX), GLYCERYL CAPRYLATE, ROSA CANINA FRUIT OIL, ARGANIA SPINOSA KERNEL OIL, XANTHAN GUM, POTASSIUM SORBATE, GLYCERYL UNDECYLENATE, CI 77499 (IRON OXIDES).


Lily Lolo naturalny błyszczyk do ust

Podobnie jak tusz - błyszczyk również znajduje się w ładnie wyglądającym opakowaniu. Jest ono bardzo estetyczne, przezroczyste z czarnym logiem marki i nakrętką. Więcej informacji o produkcie znajduje się na kartoniku, w który był zapakowany.


Jednak chciałam go wypróbować nie przez wzgląd na opakowanie, ale ze względu na skład. Zawiera m.in. witaminę E oraz olejek jojoba. Ostatnio często po niego sięgam, ponieważ pozostawia usta nawilżone, a w dodatku lekko połyskujące. Na plus jest też to, że nie ma klejącej się konsystencji. Jest bezzapachowy. Posiada wygodny w użyciu aplikator, który nie robi problemu z wydobyciem błyszczyka. Chodzi mi o to, że nie wydobywa go za dużo, tylko tyle ile potrzeba do jednorazowej aplikacji na usta. 


Mam go w kolorze English Rose. W opakowaniu wydawało mi się, że będzie dla mnie za ciemny. A ja nie lubię mocno podkreślonych ust. Jednak w rzeczywistości jest on bardzo delikatny. Nie jest to produkt matowy. To błyszczyk, który nadaje ustom delikatny różowy kolor, a jednocześnie subtelny połysk. Jest on dość trwały. Jednak co jakiś czas potrzebuje naniesienia poprawek. Znajduje się w opakowaniu pojemności 4 ml, kosztuje ok. 50 zł.

SKŁAD INCI: RICINUS COMMUNIS SEED OIL, OLEIC/LINOLEIC/LINOLENIC POLYGLYCERIDES, SORBITAN OLIVATE, CERA ALBA, SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL (JOJOBA OIL), MICA, AROMA, COPERNICIA CERIFERA CERA, CANDELILLA CERA, TOCOPHEROL [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 75470 (CARMINE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET)].


Mieliście tą Naturalną mascarę lub Naturalny błyszczyk?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

25 lutego 2017

Kity, hity i inspiracje lutego


Na początek może zacznę od tuszu do rzęs, który mi podpadł. A potem przejdę już do przyjemniejszej części tego posta, czyli kosmetyków, które lubiłam używać w lutym. Tym tuszem, który się u mnie nie sprawdził jest Catrice 3D Lash Multimizer Effect Mascara. Z założenia miał dawać efekt pogrubiająco-wydłużający. Dodatkowo ma silikonową szczoteczkę. Czyli wszystko to co lubię. Gdy przygotowując się do pisania o nim w tym poście czytałam jego opis, to właściwie u mnie działa dokładnie na odwrót niż powinien. 


Po jego użyciu rzęsy nie wyglądają jak rozłożony wachlarz. Są posklejane i jest na nich pełno grudek. Niewygodnie używa się też jego szczoteczki, ponieważ jest ona dość duża, przez co nie dociera do kącików oczu i nie mogę tam rzęs ładnie podkreślić. Ale to jeszcze nie wszystko co mam do zarzucenia temu tuszowi. Bardzo dziwnie się go zmywa. Przeważnie, gdy przykładam wacik nasączony płynem micelarnym i chwilę potrzymam go na powiece, to makijaż wraz z tuszem ładnie się rozpuszcza. Tusz z Catrice robi coś innego - kruszy się. Zmywa się go z oczu w postaci małych grudek. Poprzestanę już może na tym zrzędzeniu i przejdę do bardziej miłych fragmentów.


W lutym zużyję peeling enzymatyczny, który mam od paru miesięcy. A jest to Crystal Peeling Gel marki Skin79. Do tej pory jakoś tak się złożyło, że nie napisałam jego recenzji. Dlatego chciałabym tu o nim wspomnieć. Już od dawna nie stosuję peelingów mechanicznych. Za bardzo podrażniały moją skórę. Peeling enzymatyczny natomiast fajnie rozpuszcza zrogowaciały naskórek. 


Bardzo chciałam go wypróbować też z tego powodu, że jest to gommage. Jest to rodzaj peelingu enzymatycznego, czyli zawiera w składzie enzymy, które złuszczają martwy naskórek. A używa się go podobnie jak gumkę do mazania. Aplikuje się go cienką warstwą na skórę twarzy (z pominięciem okolic oczu i ust). Po kilku minutach peeling lekko przysycha. Następnie wykonujemy palcami masaż okrężnymi ruchami. Powoduje to rolowanie i ścieranie się kosmetyku. A wraz z nim usuwamy też martwy naskórek. Resztki kosmetyku można spłukać letnią wodą.


Do pielęgnacji skóry rąk i stóp używam sobie w lutym dwa produkty marki Lirene:
- ODŻYWIENIE olejkowe serum do rąk, skórek i paznokci zawierający 3,5% olejku arganowego i babassu;
- STOP SZORSTKOŚCI intensywnie wygładzający krem-koncentrat do stóp zawierający 20% mocznika


Oba te kremy dobrze się u mnie sprawdzają. Zapewniają skórze odpowiedni poziom nawilżenia, szybko się wchłaniają i nie zostawiają tłustego filmu. Krem do dłoni stosuję zimą bardzo często, aby eliminować suchość, szorstkość i spierzchnięcie skóry, więc dużo ich zużywam.


A teraz coś, co dostałam jeszcze w grudniu na mikołaja, a zaczęłam używać dopiero w lutym. Niestety wszystko przez choróbsko, które mnie dopadło w grudniu. Nigdy jeszcze nie zmagałam się tak długo z katarem. Dopiero w ostatnim tygodniu stycznia odpuściło i zaczęłam odzyskiwać możliwość odczuwania zapachów. Wtedy też zaczęłam używać te wody toaletowe DAG MAR. Mają ciekawe zapachy. Niestety nie są one trwałe. Ale mimo wszystko je używam tak dla urozmaicenia. 


Najbardziej podoba mi się zapach o nazwie Sunflower. Jest on bardzo ciepły, najmocniejszy z tych trzech. Nuty zapachowe w nim zawarte to:
  • głowa: kwiat pomarańczy, melon, brzoskwinia
  • serce:irys, róża herbaciana, cyklamen, osmantus
  • baza: drzewo sandałowe, mąkla tarninowa

Bardzo ładny zapach ma też Lily:
  • głowa: brzoskwinia, jabłko, zielony hiacynt
  • serce: lilia, róża, jaśmin
  • baza: bursztyn, piżmo

Do wyboru jest jeszcze Magnolia:
  • głowa: czarna porzeczka, mandarynka, grejpfrut
  • serce: magnolia, jaśmin, kwiat pomarańczy
  • baza: paczula, drzewo sandałowe, cedr, wanilia, piżmo


Od pewnego czasu przerzuciłam się na róże mineralne. W lutym używałam na zmianę FreshMinerals oraz Lily Lolo


Jak się okazuje moja skóra nie toleruje czerwonych barwników używanych w zwykłych różach. Miałam wysyp pryszczy zawsze w tej samej okolicy na policzkach. Od kiedy używam róży mineralnych policzki powoli mi się goją i nie wyskakują już nowe zmiany na nich. Od razu ładniej wygląda podkład, gdy jest zaaplikowany na skórę o jednolitym zabarwieniu i bez żadnych grudek. Teraz zimą lubię róże w takich ciemniejszych, brudnych odcieniach.



Niestety w lutym nie natrafiłam na żadne ciekawe filmy ani książki, o których mogłabym tu wspomnieć. Chciałabym Wam za to polecić ciekawy kanał makijażowy, który odkryłam przypadkiem w tym miesiącu. Trafiłam na niego w filmach polecanych na YT. Do jego subskrypcji zachęciła mnie świetna jakość nagrywanych filmów, a także udzielane w nich wskazówki i prezentowane makijaże. Kanał ten nosi nazwę Adrianna Grotkowska Make Up. Prowadzi go bardzo sympatyczna dziewczyna. Szkoda, że ma tak mało subskrypcji. Niedawno zamieściła filmik o tym jak poprawić makijażowe wpadki. 
 

A Wy znacie może ten kanał?
Czytaj dalej »