2 grudnia 2016

Zużycia w listopadzie 2016 r.


LIRENE pianka oczyszczająca pory do mycia twarzy o działaniu antybakteryjnym - pianki do mycia twarzy lubię stosować rano do odświeżenia i umycia skóry z sebum nagromadzonego przez noc. Pianka ta była bardzo bardzo delikatna i dobrze się sprawdziła.

LIRENE BIO NAWILŻENIE nawilżający żel micelarny z witamina E - dostałam go, więc go wypróbowałam. A co o nim sądzę napisałam TUTAJ.


Przez ten zimowy czas staram się jak najbardziej przykładać do nawilżania i regeneracji skóry. W tym celu sięgam po maseczki. W listopadzie były to:

- EFEKTIMA Mineral SPA peeling + maska + krem myjący - w moich zbiorach maseczkowych wygrzebałam takie 3 w 1. Zawartość saszetki nanosimy na wilgotną skórę, pozostawiamy na ok. 5 minut. Potem okrężnymi ruchami chwile masujemy i zmywamy letnią wodą. Maseczka ta zawiera m.in. zielone błoto mineralne i glinkę białą. Wystarczyła mi na 2 użycia.

- LIRENE Dermal Therapy zabieg oczyszczający, glinkowa maska mineralna - jest to maseczka zawarta w 2 saszetkach. Ich zawartość jest tak odmierzona, że wystarczyły mi na te dwa użycia. Aplikujemy ją  na twarz na 10 minut, następnie chwile delikatnie masujemy, a potem zmywamy wodą. Maseczka zawiera glinkę kaolinową oraz wyciąg z guarany. 

- BIELENDA PROFESSIONAL rozjaśniająca maseczka do twarzy - ja miałam akurat próbkę. Ale ta maseczka jest dostępna też w pełnowymiarowym opakowaniu o pojemności 175 ml. Przeznaczona jest do cery pozbawionej blasku, z oznakami zmęczenia.


Avon Treselle woda perfumowana - spośród zapachów dostępnych w Avonie Treselle najbardziej mi się podoba. Nie przepadam za ich kosmetykami pielęgnacyjnymi. Jednak na ten zapach raz na jakiś czas się skuszę.

EVELINE Big Volume Lash Mascara - kolejny tusz do rzęs tej marki, który wypróbowałam. Kolejny raz jestem zadowolona. Nie będę się tu o nim rozpisywać, ponieważ szczegółową recenzję ze zdjęciami pokazującymi efekty na rzęsach napisałam już wcześniej TUTAJ.


PLANETA ORGANICA szampon na bazie olejku z rokitnika arktycznego  - przeznaczony jest on do włosów suchych i zniszczonych. Na wizażu znalazłam wiele dobrych opinii na jego temat. Niestety ja się pod nimi nie podpisuję. Na moich włosach się on nie sprawdził. Powodował, że stawały się bardzo twarde i szorstkie. Nawet jeśli rozczesałam je dobrze przed umyciem, a potem bardzo delikatnie myłam, to efekt końcowy był okropny. Nie mogłam rozczesać włosów. Nawet jak zastosowałam po umyciu odżywkę, taką która dobrze wpływała na moje włosy. Nie polecam go. Dobrze, że już się skończył.

BANIA AGAFII serwetkowy szampon pielęgnacja i ochrona koloru oraz maska do włosów "siedem sił" - te kosmetyki w saszetkach Bani Agafii bardzo dobrze się u mnie sprawdzają. Jakiś czas temu kupiłam sobie ich większy zapas, a teraz powoli je zużywam. Taka jedna saszetka wystarcza mi na ok. 10 użyć, wiec są bardzo wydajne. Już nieduża ilość potrafi dobrze zadziałać na moich włosach.

MATRIX Total Results Color Obsessed - z tej linii miałam akurat próbkę szamponu i odżywki. Moje włosy fajnie po ich użyciu wyglądały. Mimo że te saszetki wystarczyły tylko na jedno użycie, to zaciekawiła mnie ta seria i może kiedyś skuszę się na pełnowymiarowe opakowania.


DOVE  Purely Pampering żel pod prysznic - oczyszczał skórę - czyli robił to co powinien. Nie ma się co tu więcej rozpisywać.

ALTERRA  krem do rak Bio rumianek i jojoba - najczęściej sięgam po kremy do rąk z Evree. Jednak czasem lubię wypróbować też jakiś inny. Dlatego skusiłam się na krem marki Alterra. Dodatkowo był akurat na promocji. Zapłaciłam za niego 3,39 zł za 75 ml - nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji. To była trafna inwestycja, bo krem okazał się bardzo dobry. Fajnie nawilżał skórę, nie zostawiał tłustej warstwy, efekt nawilżenia długo się utrzymywał, no i był wydajny.

 A jak tam Wasze zużycia w listopadzie?
Czytaj dalej »

29 listopada 2016

YOPE - Figowe mydło w płynie

Witajcie po krótkiej przerwie. Dopadła mnie grypa żołądkowa i trochę osłabiła. A potem jeszcze laptop mi się zepsuł. Jednak mam nadzieję, że to już koniec tej złej passy i mogę powrócić do blogowania. W międzyczasie poużywałam trochę produktów marki YOPE. Na blogach oraz YT pojawia się wiele opinii i zachwytów nad nimi. Trochę im uległam, bo szukam dobrych, w miarę naturalnych produktów, a jeszcze jak są polskiej marki, to świetnie. Nie szalałam z zakupami. Na początek kupiłam tylko mydło w płynie i płyn do czyszczenia łazienek. Chciałam się przekonać czy spodoba mi się ich używanie i czy skuszę się na więcej.


Na pierwszy rzut oka oceniamy wygląd. A produkty tej marki mają charakterystyczny design etykiet. Ja skusiłam się na mydło w płynie w wersji Figa. Ma ona takiego jakby ręcznie malowanego ptaka w kapeluszu i z muszką, do tego minimalistyczne logo. Wszystko prezentuje się bardzo ładnie. Dodatkowo etykieta nie jest papierowa. Dzięki temu nie uszkodziła się wcale przy kontakcie z wodą. Opakowanie plastikowe z pompką. Podoba mi się ono na tyle, że pewnie jak zużyję to mydło, to coś innego do niego przeleję.


Gdy robiłam zamówienie, to te mydła w płynie występowały w czterech wariantach zapachowych: Wanilia i cynamon, Werbena, Figowe, a także Herbata i mięta. W listopadzie dołączyły do nich jeszcze dwa: Imbir i drzewo sandałowe oraz Szałwia i zielony kawior. Ciekawiła mnie wersja Wanilia i cynamon, ale obawiałam się, że będzie za słodkie. Ja chciałam coś delikatnego. Dlatego zainteresowało mnie mydło Figowe, bo jego opis brzmiał: owocowy, śródziemnomorski, słodko-świeży. No coś w tym jest. Zapach jest przyjemny, taki naturalny i roślinny. Ale szkoda, że nie utrzymuje się na skórze. 


Mydło jest delikatne dla skóry. Jego skład INCI jest następujący:
Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Ficus Carica Extract, Cetyl Betaine, Decyl Glucoside, Coco - Glucoside, Glycereth-2 Cocoate, Sodium Benzoate, Potasium Sorbate, Parfum, Lactic Acid,  Allantoin, Panthenol.


Producent wspomina, że ma mieć ono też właściwości nawilżające. Faktycznie coś w tym jest, ponieważ po umyciu rąk skóra nie jest sucha. Nie ma tego uczucia, że trzeba się od razu posmarować kremem. Ale w związku z tym mydło ma trochę dziwną konsystencję. Dodany jest do niego ekstrakt z owoców figowca oraz gliceryna. Gdy wydobędziemy je na dłonie, to jest śliskie, jakby olejowe. Używając go czułam się jakbym myła ręce silikonowym serum. Jest to dosyć dziwne uczucie. 


Podsumowując: Jest to dobre mydło, któremu nie mam nic wielkiego do zarzucenia. Jest delikatne, dobrze oczyszcza skórę, nie przesuszając jej przy tym. Dodatkowo ma w miarę naturalny skład. Mieści się w dużym opakowaniu - ma pojemność 500 ml. Standardowa centa to ok. 22 zł (moje kupiłam korzystając z promocji za 14,90 zł). Mydło w gruncie rzeczy spełniło moje oczekiwania. Jednak brakuje mi tu tego czegoś, co by skłoniło mnie do przyłączenia się do zachwytów nad nim. Może to kwestia, że na początek nie trafiłam z wyborem wersji zapachowej? Może inne zachwyciły by mnie bardziej?

A Wy używaliście mydeł w płynie marki YOPE?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

13 listopada 2016

Pomoc dla bladziochów, czyli Makeup Revolution The One Foundation odcień numer 1

Dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami z używania podkładu Makeup Revolution The One Foundation. Występuje on w 16 wersjach kolorystycznych. Mnie jednak interesował tylko jeden z nich. A mianowicie odcień numer 1, czyli biały. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że trudno oceniać mi go jako podkład, bo go tak nie używam. Nie aplikuję go samego bezpośrednio na twarz, tylko mieszam z innymi podkładami.


Zainteresowałam się nim, ponieważ zawsze trudno mi było znaleźć podkład odpowiednio dobrany do mojej cery. Nawet kosmetyki polskich marek, produkujących na nasz rynek i dla potrzeb kobiet o występującym tu typie urody nie spełniały moich oczekiwań. Ja należę do tych bladolicych, dla których nawet najjaśniejsze odcienie podkładów dostępnych w drogeriach są za ciemne. Nie mam skóry w różowym tonie, ale całkiem w żółty też nie wpadam. Potrzeba mi podkładu o lekko beżowym zabarwieniu. 


Jak to dobrze, że dowiedziałam się o The One Foundation. Za to właśnie lubię blogi. Przeglądając posty nieraz coś ciekawego zaobserwuję, co mogę potem u siebie wprowadzić. Od kiedy kupiłam ten biały podkład często jest bardzo przydatny. Dzięki mieszaniu go z moimi nieco za ciemnymi podkładami, mogę uzyskać odcień jaki mi pasuje. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że nie rozjaśnia on podkładów aż o kilka tonów. Do tego się nie nada. Jest przydatny w sytuacji, gdy podkład jest dla mnie dopasowany latem, gdy się nieco opalę, a potem zimą ten podkład staje się już nieco za ciemny. Wtedy rozjaśniam go troszkę białym MUR.


Kwestią, nad którą zastanawia się wiele osób, jest to czy The One zmienia właściwości podkładów, z którymi go łączymy. Moja odpowiedź brzmi: to zależy od proporcji w jakich go użyjemy. MUR ma bardzo wodnistą konsystencje. Wygląda jak woda o białym zabarwieniu. Dlatego ja używam go bardzo niewiele. Na jedną wyciśniętą pompkę podkładu daję tylko kropelkę tego białego. Wtedy uzyskuje efekt, o który mi chodziło - podkład jest jaśniejszy, nie tracąc przy tym swoich właściwości. Zmienia jedynie konsystencje podkładu na nieco lżejszą, ale nie traci na tym krycie. 


Parę razy jednak zdarzyło mi się wydobyć go za dużo (to w związku z tą jego wodnistą konsystencją). Wtedy po zmieszaniu otrzymałam bardzo rozrzedzony podkład, który tracił na kryciu i na innych właściwościach, np. matujących. Nie wyglądał tak jak chciałam. W tym wypadku mniej znaczy więcej. Najlepiej używać go w małych ilościach, a dzięki temu dodatkowo będzie bardzo wydajny. 
Bardzo chciałam pokazać to na zdjęciach. Niestety mój aparat nie był w stanie uchwycić tej subtelnej różnicy między lekko rozjaśnionym podkładem, a tym standardowym. Na zdjęciach obie wersje wyglądały tak samo. Dopiero jak bardzo mocno rozjaśniłam podkład, to widać jest różnicę. Na zdjęciu poniżej można zaobserwować jak bardzo biały MUR jest w stanie rozjaśnić podkład. Ja do codziennego makijażu nie potrzebuję aż takiego efektu. Ale tylko w ten sposób mogłam to pokazać.


Z tego co czytałam pozostałe wersje kolorystyczne też są tak rzadkie. Dlatego nie kupiłam ich więcej - nie wyobrażam sobie aplikować na twarz tak rzadki podkład. Więcej go pewnie spłynie niż zostanie na skórze. Pewnie nie będzie miał też dobrego krycia. Dlatego właśnie moja recenzja nie zajmuje się tym odcieniem numer 1 jako takim typowym podkładem. Ja używam go tylko do rozjaśniania za ciemnych podkładów. W ten sposób uratował mi nie jeden podkład przed wyrzuceniem, bo mogę lepiej dopasować jego odcień. Myślę, że warto go mieć w swojej kosmetyczce. Dodatkowo nie jest on drogi. Standardowa cena to ok. 20 zł. Mi udało się go kupić na promocji za 9,99 zł.


A Wam przydałby się taki biały podkład?
Co o nim sądzicie?
Czytaj dalej »

7 listopada 2016

TOP 4 gadżetów, które ułatwiają mi życie

Ostatnio napisałam post o 4 kosmetykach, które ułatwiają mi codzienny makijaż. Spodobał się on Wam, dlatego pomyślałam, aby napisać jeszcze o gadżetach, które ułatwiają mi życie. Będą one oczywiście związane z tematyką kosmetyczną.


LAKIERY HYBRYDOWE

Chociaż lakiery hybrydowe gadżetem nie są, to nie pasowały, aby je umieścić w kategorii kosmetyków do makijażu. Dlatego wpasowałam je tutaj. 


Ze zwykłymi lakierami zawsze miałam problem. Przede wszystkim dlatego, że bardzo szybko odpryskiwały z moich paznokci. Najczęściej już na 2-3 dzień po pomalowaniu. Miałam też trudności z czekaniem, aż lakier całkowicie wyschnie. W związku z czym często chodziłam z odciśnięciami zaschniętymi na lakierze. Dlatego na bardzo długi czas porzuciłam malowanie paznokci. Używałam tylko bezbarwne odżywki, aby paznokcie ładnie się błyszczały.


Lakiery hybrydowe zrewolucjonizowały moje podejście po malowania paznokci. Teraz mogę cieszyć się pięknie pomalowanymi paznokciami przez dwa tygodnie. Potem odrosty mam już za duże i trzeba zrobić paznokcie na nowo. Lakiery, które głównie używam są marki Semilac. Wiem, że wiele osób narzeka, że ich uczulają. Ale ja używam je od ponad roku i wszystko jest w porządku. Moje koleżanki kosmetyczki też na nich pracują i nie narzekają. Dodatkowo mam też kilka lakierów marki NeoNail.


PĘDZLE

Pamiętam początki mojego makijażu i aplikowanie podkładu palcami, a cieni - pacynkami dołączonymi do nich. A potem się zastanawiałam, dlaczego mój makijaż wygląda tak nijak. Jest taki niedopracowany. Na szczęście był już wtedy internet oraz YT. Zaczęły się też pojawiać pierwsze filmiki o pędzlach, ich rodzajach, jak ich używać i jak skompletować swój pierwszy zestaw. 


Bardzo mi się przydały te filmy. Oglądnęłam ich sporo, co ułatwiło mi to skompletowanie mojego pierwszego zestawu pędzli. Nie był on duży, ale do tej pory mi służy (he he tak mi się zrymowało). Jak na moje możliwości finansowe, którymi wtedy dysponowałam, to był bardzo drogi zakup, bo na te pędzle wydałam ok. 300 zł. Ale bardzo się z nich ucieszyłam. Mój makijaż znacznie na tym skorzystał.


Ten mój pierwszy zestaw pędzli pochodzi z firmy Maestro i jakbyście byli ciekawi, to prezentowałam go w tym poście. Wszystkie te pędzle mam do tej pory. Nic się w nich nie zepsuło, nie zgubiły włosia. Jedynie napisy się z nich pościerały. Cały czas dobrze mi służą, a mam je już około 6 lat.


Potem z czasem dokupiłam jeszcze inne. Głównie te z Zoevy, ale mam też kilka pojedynczych pędzli innych marek, takich jak Sigma, Ecotools czy Sephora. Na zdjęciach w tym poście nie są pokazane wszystkie moje pędzle. Nie chciałam brać tu tych, które aktualnie używam, bo są brudne. Parę pędzli, gdy robiłam zdjęcia akurat się suszyło. Jednak w innych postach prezentowałam już posiadane przeze mnie pędzle:



ZALOTKA

Ja używam zalotki od kiedy tylko zaczęłam się malować. Używam jej za każdym razem, gdy wykonuję makijaż i nie wyobrażam sobie, aby miało być inaczej. Moje rzęsy są z natury proste. A ja lubię, gdy są ładnie podkręcone. Próbowałam stosować tusze podkręcające rzęsy, ze specjalną formulą i ze specjalną szczoteczką. Ale nie sprawdziły się u mnie. Moje rzęsy z uporem maniaka cały czas były proste. Dlatego używam zalotkę.


Nie zniszczyłam sobie nią rzęs. Nie wiem czemu wiele osób tym straszy. Czasem w trakcie podkręcania kilka rzęs mi wypadnie, ale i tak by wypadły. A dzięki temu, że zbiorę je zalotką nie lądują potem na policzku. Miałam wiele zalotek - takich zwykłych drogeryjnych. Ale potem zainwestowałam w lepszą, polecaną zalotkę z Inglota - tą czarną. Jest dobra i tak zrobiona, że podkręca rzęsy, ale zarazem za mocno ich nie ściska.



SILIKONOWA MYJKA DO PĘDZLI

Jest to mój najnowszy gadżet, bo kupiony w październiku. Ale od kiedy go pierwszy raz użyłam, to zastanawiam się czemu nie kupiłam tej myjki wcześniej. Bardzo chciałam kupić tą marki For Your Beauty z Rossmanna, ale ciągle ich nie było. Dlatego zamówiłam inną - Brush Cleaning Egg.


O pędzle trzeba dbać i je regularnie myć. Właściwie pielęgnowane długo nam posłużą, a jednocześnie unikniemy niepotrzebnych problemów ze skórą. Do tej pory myłam pędzle pocierając je w dłoniach. Kończyłam z przesuszoną i pomarszczoną skórą. Dlatego ta myjka do pędzli okazała mi się bardzo przydatna. Dodatkowo kupiłam jeszcze olejek z Isany, który jest przeznaczony do mycia ciała. Jednak już wiele razy okazywało się, że kosmetyki można stosować też na inne sposoby. A ten olejek wiele osób poleca jako dobry środek do mycia pędzli. 


Myjkę zakłada się na dwa palce, nanosi niewielką ilość środka myjącego na powierzchnię z wypustkami, a potem pociera zwilżonym pędzlem, aż do momentu, gdy pędzel będzie czysty. Następnie wystarczy spłukać wodą. Jest prosta w utrzymaniu czystości (łatwo ją umyć, a potem pozostaje spryskać płynem do dezynfekcji, albo sparzyć w gorącej wodzie).


Przedstawione tutaj gadżety nie są może jakoś bardzo odkrywcze. Zapewne słyszał o nich każdy i wiele osób je używa. Jednak są to rzeczy, które znacznie ułatwiły mi życie. Cieszę się, że na nie natrafiłam i wypróbowałam.


A Wy macie takie gadżety, które ułatwiają wam życie?
Jak wyglądałby Wasz ranking?
Czytaj dalej »