24 sierpnia 2016

TSSS - Yellow Love Body Mixture

Lubię używać kosmetyki pielęgnacyjne. Są takie, które zużywam w dużych ilościach, jak na przykład kremy do rąk czy do twarzy. Ale z jednym rodzajem kosmetyków mam problem, aby stosować je regularnie. Chodzi o balsamy do ciała. Dlatego bardzo rzadko pojawiają się ich recenzje u mnie na blogu. Jak już jakiś dorwę, to mam go przez wiele miesięcy. Tak się akurat złożyło, że początkiem lipca zużyłam mus do ciała marki Nacomi. Zaczęłam wtedy używać produkt marki The Secret Soap Store o dość dziwnie brzmiącej nazwie, która nie sugeruje nam z czym tak właściwie mamy do czynienia.


Co to jest Yellow Love Body Mixture?

Pod tą nazwą kryje się balsam do ciała marki The Secret Soap Store, który pochodzi z serii Love Essences. Mamy tam do wyboru kilka różnych wersji zapachowych, m. in. grejpfrut, owoce cytrusowe, zielona cytryna, mięta z nutą kwiatową, itd. Mój jest o zapachu świeżo przekrojonego melona.


Jak mi się go używa?

Otóż bardzo fajnie mi się go teraz używa. Jest to kosmetyk w sam raz stworzony do stosowania latem. Ma bardzo lekką konsystencje, dzięki czemu szybko się wchłania. Znajduje się w wygodnej w używaniu butelce z pompką. Opakowanie jest przezroczyste, więc widać ile nam balsamu jeszcze zostało. Nie zostawia lepkiej warstwy na skórze. A do tego wszystkiego jeszcze ma wspaniały zapach. Jest on bardzo przyjemny dla nosa, nie chemiczny. Czuć w nim rzeczywiście coś z melona. A do tego jest taki lekko słodkawy.


Co jeszcze mogę o nim dodać?

Moja skóra latem nie jest bardzo wymagająca i taki lekki balsam w zupełności mi wystarczy do jej pielęgnacji. Nawet jeśli nie używam go regularnie. Jednak dla osób o bardzo suchej skórze może okazać się zbyt słabo nawilżający. Z tego też powodu muszę postarać się zużyć go przed zimą. Wtedy przyda mi się już jakiś bardziej treściwy i regenerujący produkt.


Pojemność: 250 ml
Cena: 49 zł
Skład: Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Isostearyl Isostearate, Dicaprylyl Ether, Glycerin, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate SE, Panthenol, Betaine, Urea, Potassium Lactate, Sodium Polyglutamate, Hydrolyzed Sclerotinum Gum, Sodium Polyacrylate, Cucumis Melo (Melon) Fruit Extract, Allantoin, Parfum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin.

Mieliście ten balsam (lub inny z tej serii)?
Co o nim sądzicie?
Czytaj dalej »

18 sierpnia 2016

Wakacyjnie, czyli wielkie były plany, ale swój kraj też trzeba poznać

Sezon wakacyjny już powoli zbliża się ku końcowi. Lipiec był piękny, ale musiałam siedzieć w pracy. W sierpniu zrobiło się już bardziej deszczowo. Jednak udało nam się trafić kilka fajnych, ciepłych dni, odpowiednich w sam raz na wyjazd. W tym roku do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, gdzie pojedziemy. Było wiele opcji, wiele zastanawiania, wiele obmyślania. Niestety ogranicza nas praca i możliwość wzięcia urlopu, akurat wtedy, gdy nam potrzeba. Czasem jeden dzień robi wielką różnicę. Nasze wielkie plany to była Chorwacja. Wrócić tam znów po dwóch latach, tylko tym razem pojechać i zobaczyć inną cześć tego kraju. Jednak w pracy przyszła kontrola i trzeba było urlop przełożyć. Tak w sumie, to nie spodziewałam się, że kontrolerzy akurat w czasie wakacji będą chcieli kontrolować. Czy oni nie mają lepszych planów na ten czas? Z drugiej strony rozumiem - to też jest praca i ktoś im kazał to w tym czasie robić. Dlatego pozostały nam krótkie wycieczki po Polsce. Nawet nieraz nie zdajemy sobie sprawy ile u nas ciekawych rzeczy można zobaczyć. 

Razem z mężem nie należymy do osób, które lubią spędzać urlop bardzo leniwie, na przykład leżąc na plaży. My lubimy dużo chodzić i coś zwiedzić, zobaczyć. Dlatego urlop wykorzystaliśmy trochę, aby odwiedzić dawno nie widzianych znajomych. A także aby coś pozwiedzać. Byliśmy na przykład w Zamościu. Trochę pospacerowaliśmy po starym ryku, wstąpiliśmy też do zoo.


Spędziliśmy również trochę czasu w Sandomierzu, podążając nieco tropami Ojca Mateusza.


Nie starczyło już czasu, aby zobaczyć Warszawę. To w sumie stolica i wypadałoby ją zwiedzić. Byłam tam tylko kilka razy przejazdem. Ale pospacerować ulicami też bym chciała. Lubię zwiedzać miasta. Spacery po lesie i wśród pagórków mam na co dzień. Dlatego nie ciągnie mnie na przykład w Bieszczady. Ale może jeszcze we wrześniu uda się znaleźć chwilkę na mały wypad do Warszawy.

A na koniec parę wakacyjnych zdjęć zrobionych koło domu.


Myślałam, że pogodzę te wyjazdy z blogowaniem. Jednak wyszło tak, że ostatnio było mnie tutaj mniej. Wracam już do pisania. A Wam jak mijają wakacje?
Czytaj dalej »

10 sierpnia 2016

LIRENE My Color Code, czyli jaką porą roku jesteś?

Fluidy te zbierają bardzo różne opinie. Ja jestem w grupie osób, które je lubią. U mnie dobrze się sprawdzają i chętnie po nie sięgam. Seria My Color Code stworzona została w oparciu o koncepcję kolorystycznych typów urody. To znaczy, że podzielona jest na 4 odcienie, zgodnie z klasyfikacją na: wiosnę, lato, jesień i zimę. Każdy z tych typów ma swoje charakterystyczne cechy opisane na opakowaniach, co ma ułatwić znalezienie odpowiedniego odcienia. Ja jestem jesienią i z dopasowania do tego typu będę oceniać te podkłady.


Co mamy do wyboru?

JESIEŃ:
Włosy: jasny blond, kasztanowy, marchewkowy, brązowy
Oczy: zielone, złotobrązowe, brązowe, niebieskie ze złotym zabarwieniem
Cera: jasna o ciepłej barwie kości słoniowej, złocistobeżowa, piegowata

ZIMA:
Włosy: czarne, ciemnobrązowe, z granatowym połyskiem
Oczy: ciemnoniebieskie, niebiesko-zielone, ciemnobrązowe
Cera: śnieżnobiała, jasna porcelanowa, oliwkowa w chodnym odcieniu

WIOSNA:
Włosy: jasne, w odcieniu słomianym, platynowym, miodowym
Oczy: niebieskie, zielono, złoto-brązowe
Cera: blada, o złocistym lub brzoskwiniowym odcieniu

LATO:
Włosy: jasnopopielate, brązowopopielate
Oczy: niebieskie, brązowe, szare
Cera: blada, porcelanowa, o chłodnym, różowym odcieniu


Jestem trochę zakamuflowaną jesienią.

Nie mam tych typowych cech od razu sugerujących, że to na 100% typ jesień. Ja mam włosy brązowe, oczy niebieskie i jasną cerę. Co więc powoduje, że należę do tego typu? Otóż moje ciepłe ubarwienie skóry, złote refleksy we włosach, złociste plamki na tęczówce, a także piegi, które pojawiają się u mnie latem. Dlatego w pierwszej kolejności sięgnęłam po fluid Jesień. Faktycznie ten odcień do mnie pasuje. Jest on ciepły, ładnie się dopasowuje i nie ciemnieje. Jednak jest on dla mnie dobry tylko latem, gdy jestem opalona. Gdybym chciała używać go przez cały rok, to zimą byłby dla mnie za ciemny. Zresztą zobaczcie sami jak prezentuje się porównanie tych kolorów.


Dlatego, gdy nastała jesień i zima, to używałam wersji kolorystycznej Zima. Jest on najjaśniejszy z wszystkich. Do tego neutralny. Nie wbija się w różowe, ani żółte tony. Po prostu kolor dobry dla bladziochów.

Co mi się podoba w tym fluidzie.

Po pierwsze jest on matujący. Co mi w nim bardzo pasuje. Należy do podkładów średnio kryjących. Jedna jego warstwa wystarczy, aby wyrównać koloryt skóry. Nie radziłabym dokładać kolejnych, bo można przez to uzyskać efekt maski. Na pozostałe miejsca lepiej użyć korektor. Po przypudrowaniu całkiem nieźle utrzymuje tą matowość. Po około 4 godzinach muszę użyć bibułki matujące na czoło. Potem dalsze 4 godziny wygląda dobrze. Nie ciemnieje na mojej skórze.


Znajduje się w opakowaniu w formie tubki. Jest ona miękka i giętka, dzięki czemu dobrze się go wydobywa. Nie wylewa się go za dużo, nic nie cieknie, ani nie chlapie.

Nie jest to podkład idealny, ale dla mnie jest ok.

Trochę się ściera w ciągu dnia, ale u mnie to normalne, bo zdarza mi się podpierać twarz na rękach. Jego konsystencja jest gęsta i kremowa. Po rozprowadzeniu na skórze staje się "suchy". Daje taki pudrowy efekt, ale nie wysusza skóry. Trzeba go dość szybko rozprowadzać na twarzy, bo od razu zasycha i potem mogą robić się smugi. W związku z tym najlepiej aplikuje mi się go pędzlem. Jest tani (kosztuje ok. 20 zł za 30 ml) i łatwo dostępny.


Mieliście fluidy Lirene My Color Code?
Co o nich sądzicie?
Jak się u Was sprawdziły?
Czytaj dalej »

5 sierpnia 2016

Dzika fuksja na ustach, czyli Eveline Velvet Matt pomadka w płynie

Matowe pomadki są teraz bardzo modne. Sama mam ich kilka, głównie w formie kredek do ust. Jednak w moje ręce wpadła też matowa pomadka w płynie Velvet Matt marki Eveline. Coraz więcej firm ma takie w swojej ofercie. A my dzięki temu mamy dużą różnorodność i jest w czym wybierać.


Pomadka ta znajduje się w opakowaniu typowym jak dla błyszczyku. Ma wygodny w użyciu aplikator, dlatego za jego pomocą aplikuję ją na usta. Nie potrzebuję używać jeszcze osobnego pędzelka. Velvet Matt dostępna jest w 6 kolorach. Ja mam numer 416 - Wild Fuchsia. Jest to bardzo mocno napigmentowana i intensywna fuksja. Jeśli o mnie chodzi, to ten kolor faktycznie jest taki "dziki", ponieważ na co dzień preferuję raczej delikatniej podkreślone usta. Jednak czasem, gdy mam ochotę trochę zaszaleć z makijażem, to fajnie jest użyć takiej mocnej fuksji. Zwłaszcza teraz latem.


Po chwili od aplikacji pomadka zastyga, dając matowe wykończenie. Nie tworzy nieprzyjemnej skorupki. Ten intensywny kolor utrzymuje się dość dobrze, ale tylko do pewnego czasu. Wystarczy tylko coś zjeść lub wypić i znika. Jednak nie tak całkiem do końca. Pomadka ta jest na tyle intensywna, że jej zabarwienie pozostaje jeszcze parę godzin na ustach. Ten kolor trochę "wżera się w skórę". Może i jest słabszy, ale ja właśnie wolę tą pomadkę w delikatniejszej odsłonie. 


Jeśli chodzi o to jej ścieranie, to dzieje się to w ładny sposób. Nie ma tak, że zetrze się gdzieś bardziej i potem pozostają plamy. Znika z ust bardzo równomiernie. Jako ciekawostkę powiem Wam, że pomadka ta jest na tyle intensywna i mocna, że nie mogę domyć kubka, na którym zostały jej ślady. Velvet Matt znajduje się w opakowaniu o pojemności 9 ml, kosztuje ok. 15 zł.


Lubicie matowe pomadki w płynie?
Mieliście Velvet Matt od Eveline?
Co o niej sądzicie?
Czytaj dalej »