21 kwietnia 2019

GARNIER FRUCTIS - BANANA HAIR FOOD - Odżywcza maska do włosów bardzo suchych

Ta nowa seria masek do włosów z Garniera od razu zwróciła moją uwagę. Cała kampania reklamowa oraz szata graficzna opakowań sprawiają, że od razu da się zauważyć te produkty. Świeże i smakowicie kolorowe wzory wyróżniają się na półce sklepowej i zachęcają do zakupu. Z dostępnych czterech wersji: Papaja, Macadamia, Goji oraz Banan - ja skusiłam się na tą ostatnią. 


Maski z serii Hair Food zbierały sporo pozytywnych opinii na blogach i youtubie. Udałam się więc do drogerii i ją kupiłam. W cenie regularnej kosztuje ok. 25 zł. Mi udało się trafić na promocję w Hebe. Nie pamiętam już dokładnie ile zapłaciłam, ale było to ciut poniżej dwudziestu złotych. Po otwarciu opakowania od razu czuje się piękny bananowy zapach. Jest on bardzo przyjemny, nie sztuczny. Taki zachęcający do zjedzenia jej :)) Może dlatego producent zamieścił informacje: nie połykać i chronić przed dziećmi. Konsystencja jest w sam raz - nie za gęsta, nie za rzadka. Opakowanie pojemności 390 ml wystarcza na długo. Ja używam tą maskę już ponad miesiąc i nie widać dużego zużycia.


Maska przeznaczona jest do włosów bardzo suchych i ma zapewnić im odżywienie. Byłam bardzo zachęcona jej wypróbowaniem. Jednak już pierwsze użycie tej maski mnie rozczarowało. Ona na moich włosach nie robi nic z oczekiwanych rezultatów. Jedynie jej zapach utrzymuje się chwilę na włosach i są dość miękkie w dotyku. A poza tym włosy wyglądały tak jakbym tylko umyła je jakimś zwykłym szamponem i potem nie używała już nic więcej. Ale postanowiłam używać ją dalej - może z czasem będzie lepiej. 

Można stosować ją na 3 sposoby:
  1. Jako odżywkę - nanieść na mokre włosy od zaraz spłukać
  2. Jako maskę - nanieść na mokre włosy i pozostawić na 3 minuty
  3. Jako pielęgnację bez spłukiwania - nanieść niewielką ilość produktu na mokre lub suche włosy
Nie wiem po co producent to wyróżnił. Ja standardowo stosuję tak większość masek i odżywek, które mam - nawet jak to nie jest napisane na opakowaniu. Chyba każdy sam na to wpadł i tak robi. To nic odkrywczego, tylko taki chwyt marketingowy. Ale używałam tą maskę nadal. W trakcie jej dalszego testowania moje włosy wyglądały tylko gorzej. Traciły na objętości i stawały się bardzo oklapnięte. Nawet jak wcześniej użyłam jeden z moich ulubionych szamponów White Agafii, o których pisałam TUTAJ.


Dlatego obecnie używam ją tylko do emulgowania oleju na włosach, bo jakoś trzeba ją zużyć. Czasami zdarzało mi się niedomyć oleju z włosów po ich olejowaniu, więc stosuję taką metodę:
KROK 1: moczę naolejowane włosy - powinny być lekko wilgotne.
KROK 2: nakładam maskę Banana Hair Food na ok. 10 minut na włosy. Przez ten czas emulguje olej (czyli olej i maska stają się jednolitą emulsją, którą łatwo jest spłukać).
KROK 3: myję skórę głowy jednokrotnie szamponem.
KROK 4: a po jego spłukaniu i lekkim odsączeniu wody aplikuje jedną z ulubionych odżywek.

Metoda ta świetnie się u mnie sprawdza, a przy okazji zużyję maskę, która nie sprawdza się u mnie na włosach. Standardowo w tej metodzie używam tylko jedną maskę - tylko tą do emulgowania w kroku 2. Jak jest to dobra maska, to nie trzeba już używać żadnej dodatkowej odżywki na koniec. Ja jednak muszę, bo po samej masce Banana Hair Food moje włosy nieładnie by wyglądały. Standardowo nie muszę już wykonywać kroku numer 4.

SKŁAD INCI: Aqua (Water), Cetearyl Alcohol, Glycerin, Isopropyl Myristate, Stearamidopropyl Dimethylamine, Butyrospermum Parkii Butter/Shea Butter, Olea Europaea Oil/Olive Fruit Oil, Musa Paradisiaca Fruit Extract/Banana Fruit Juice, Glycine Soja Oil/Soybean Oil, Sodium Hydroxide, Helianthus Annuus Seed Oil/Sunflower Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract/Rosemary Leaf Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cocos Nucifera Oil/Coconut Oil, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Persea Gratissima Oil/Avocado Oil, Lactic Acid, Tartaric Acid, Cetyl Esters, Tocopherol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Salicylic Acid, Caramel, Linalool, Eugenol, Coumarin, Benzyl Alcohol, Parfum/Fragrance.

Mieliście którąś z masek Garnier z serii Hair Food?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

14 kwietnia 2019

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - część III: kosmetyki pielęgnacyjne

Dziś zapraszam na trzecią i zarazem ostatnią cześć o kosmetycznych ulubieńcach. Na koniec zostawiłam pielęgnację. Nie ma tych kosmetyków jakoś wiele, ponieważ cenię sobie minimalizm jeśli chodzi o pielęgnację. Bardzo dobrze się to u mnie sprawdza. Chciałabym przedstawić Wam kosmetyki, które pomogły mi uporać się z zimowymi problemami skóry, coś fajnego do pielęgnacji twarzy i włosów.



NEUTREA - SUMMER PEEL oraz HYDRATIN

Na początek kosmetyki, o których już pisałam. Jednak tak bardzo polubiłam ich działanie, że nie mogło zabraknąć ich w tym zestawieniu. SUMMER PEEL jest to krem do stosowania na noc, w skład którego wchodzą trzy kwasy: migdałowy, laktobionowy oraz azelainowy. Natomiast HYDRATIN to krem nawilżający. Razem stanowią świetny duet do pielęgnacji skóry. Na blogu pojawiła się już szczegółowa ich recenzja - nie będę się więc tutaj powtarzać. Odsyłam do jej przeczytania (klik).


BALSAMY OCHRONNE DO UST

Dzięki nim moje usta przetrwały zimę w bardzo dobrym stanie. Miałam wiele tego typu produktów, ale te trzy są moim zdaniem najlepsze. Są bezbarwne, mają fajne składy i nie są drogie. Zimą nie miałam problemu z suchymi, popękanymi czy spierzchniętymi ustami. Pomadkę z Alterry mam zawsze przy sobie w torebce. Natomiast te balsamy w słoiczkach używam grubszą warstwą na usta na noc. Ten z Evree jest multifunkcyjny - można go aplikować na wszystkie przesuszone miejsca na skórze.


  • ALTERRA pomadka z olejkiem z rumianku BIO (klik)
  • EVREE Instant Help Multifunkcyjny balsam Ratunek dla skóry (klik)
  • TISANE Classic balsam do ust (klik)

WHITE AGAFIA szampon pokrzywowy i brzozowy

Lubię używać produkty Babuszki Agafii, dlatego postanowiłam wypróbować jak się sprawdzi White Agafia. Okazało się, że bardzo dobrze.


Szampony te dobrze rozprowadzają się na włosach, ładnie się pienią, a co najważniejsze są skuteczne. Oczyszczają włosy nie plącząc ich przy tym. Polubiłam je używać, głównie dlatego, że są to jedne z lepszych szamponów jakie miałam. Moje włosy je uwielbiają. Są po nich takie miękkie, sypkie i błyszczące. A co ciekawe nawet jak umyję włosy tylko samym szamponem i nie użyję potem żadnej odżywki czy maski, to moje włosy również bardzo ładnie wyglądają i układają się. Do tego nie są drogie, bo kosztują ok. 12 zł. Jedynie nie widziałam ich nigdzie w sklepach w mojej okolicy, dlatego muszę zamawiać je przez internet.


BIELENDA PROFESSIONAL Micelles and Pearl - micelarny płyn do demakijażu

Przeznaczony jest do każdego rodzaju cery. Znajduje się w wygodnym w użyciu opakowaniu z pompką. Świetnie sobie radzi z demakijażem. Wystarczy chwile przytrzymać na powiece wacik nim nasączony, a cienie i tusz świetnie się rozpuszczają i zmywają bez potrzeby mocnego tarcia skóry. A do tego jest bardzo łagodny. Nie zdarzyło mi się, aby szczypały lub piekły mnie po nim oczy. Jest to najfajniejszy płyn micelarny jaki używałam w ostatnim czasie.


Mieliście któreś z tych kosmetyków?
Co o nich sądzicie?
Jacy są Wasi ulubieńcy z kategorii kosmetyków pielęgnacyjnych?
Czytaj dalej »

7 kwietnia 2019

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - część II: kosmetyki do makijażu

Dziś zapraszam na drugą część trylogii o ulubieńcach ostatnich miesięcy. Tym razem skupimy się na kosmetykach do makijażu. Nawet nie spodziewałam się, że na tyle fajnych perełek uda mi się natrafić. Część z nich zapewne znacie, bo kupiłam je z polecenia innych blogerek czy youtuberek. Ale może też o czymś nowym się tu dowiecie.


KOBO PROFESSIONAL paleta do makijażu SHINE ON

Opakowanie z zewnątrz prezentuje się bardzo pięknie. Lubię taką kolorystykę. Do tego jest kartonowe (czyli bardzo lekkie) i solidnie wykonane. W środku znajduje się lusterko. No i oczywiście 6 cieni do powiek i jeden rozświetlacz. Chociaż ja używam go też jako cień.


W paletce znajdują się kolory, w których świetnie czuję się w makijażu. Wszystkie są perłowe, ale ja i tak sięgam po nią często, bo z matów lubię tylko cielisty beż i brązy. Bardzo lubię, gdy ruchoma powieka pomalowana jest w świetliste kolory. A te z palety Shine on są śliczne. Również ten ceglasty i bordo bardzo polubiłam - jako taki akcent w makijażu.


Do tego jakość cieni jest dobra - świetnie się je aplikuje i buduje nimi odpowiednią pigmentację. W trakcie blendowania nie tracą na kolorze. A te odcienie są przepiękne. Rzadko zdarza się paleta, z której używałabym wszystkich kolorów. Sięgam po nią coraz częściej, bo to są takie typowo wiosenno-letnie kolory, w których najlepiej się czuję.

NABLA paleta cieni DREAMY

O tej palecie wspominałam już kilka razy. Ale co ja na to poradzę, że ją też cały czas bardzo lubię. W palecie znajduje się 12 cieni matowych i foliowych. Wszystkie są mocno napigmentowane. Bardzo lubię ich formułę, bo cienie są miękkie i masełkowate. Dzięki temu  świetnie się z nimi pracuje. Cienie idealnie się blendują, nie tracąc przy tym na intensywności.


Niektóre cienie dobijają mi już dna. Jak na przykład Illusion - jasny, ciepły brąz, który pasuje mi do każdego makijażu do podkreślenia załamania powieki. Uwielbiam też Vanitas - cień łączący brzoskwiniowe, różowe i złote tony, czy też Byzantyne - stare złoto w ciepłym odcieniu.  Używam z niej większości kolorów, ale nie wszystkie. Nie lubię Delirium - jest to ładny fiolet, ale denerwują mnie drobinki w nim zawarte, bo z czasem osypują się pod powiekami, a także Inception - bo źle czuję się w takim odcieniu fioletu. Dlatego z jednej strony chętnie kupiłabym następną, jak w tej większość cieni mi się już skończy. Jednak z drugiej strony wiem, że nie używam ich wszystkich.

COLLECTION korektor LASTING PERFECTION

Do tej pory moimi dwoma najulubieńszymi korektorami były: Maybelline Instant Anti-age Eraser oraz Revolution Conceal and define. Niedawno dołączył do nich  korektor COLLECTION Lasting Perfection. Jest on na rynku dostępny już od dawien dawna. Podejrzewam, że każdy o nim słyszał i zapewne wiele osób już go miało. Ja zaopatrzyłam się w niego dopiero niedawno. Jest to kolejny produkt, który kupiłam z polecenia Maxineczki, który się u mnie sprawdził.


Nie wiedziałam, na który odcień się zdecydować, więc wybrałam numer 1 i 2. Ich połączenie stanowi kolor dopasowany do mojej karnacji. Jest to kremowy i dosyć ciężki korektor. Dobrze radzi sobie z zakrywaniem pojedynczych przebarwień, z którymi nie dał rady podkład. Czasem używam go pod oczy, ale jest trochę za ciężki na tą okolicę. Polubiłam go używać jako bazę pod cienie. Zastąpił moją do tej pory najbardziej ulubioną z Artdeco. Lasting Perfection dobrze wyrównuje koloryt powieki, a cienie świetnie się go trzymają, ponieważ zanim zastygnie jest on tak fajnie lepki.

GOLDEN ROSE MATTE LIPSTICK CRAYON

Ja wiem, że o niej już wiele razy słyszeliście. To jest już kolejna kredka, w odcieniu numer 13, którą mam. Zużyłam ich wiele, bo dla mnie jest to najpiękniejszy kolor, który pasuje do większości makijaży, zarówno tych dziennych jak i wieczorowych.


Z innymi pomadkami mam tak, że lubię je tylko o określonej porze, na przykład tylko latem lub zimą. Ta jest uniwersalna - chętnie po nią sięgam przez cały rok. W dodatku jej trwałość jest powalająca. Nawet jak sporo jem w ciągu dnia, to jakaś jej część utrzymuje się na ustach przez długi czas. Ładnie się zjada - bo tak równomiernie. Chyba nie muszę tu o niej więcej pisać, ponieważ przypuszczam, że większość osób wypróbowała już te pomadki w kredce.
 

NABLA MAGIC PENCIL

Jest to wielofunkcyjna wodoodporna kredka. Występuje w kilku kolorach. Ja mam ją w odcieniu Light Nude. Może być wykorzystywana do podkreślenia linii wodnej oka, rozświetlenia łuku brwiowego oraz kącika oka, zaznaczenia konturu ust, a także pełnić rolę eyelinera.


Ja już od dawna szukałam dobrej kredki do rozświetlania wodnej linii oka. Bardzo trudno było mi znaleźć taką, która będzie odpowiednio miękka, a zarazem trwała. Mój problem z liniami wodnymi oczu jest taki, że są one bardzo trudne do pomalowania. Kredki, które do tej pory używałam nie chciały się ich czepić, albo znikały po kilku mrugnięciach okiem.


Straciłam już nadzieję, że uda mi się znaleźć trwałą kredkę. A wtedy zaczęły się pojawiać recenzje Magic Pencil. Postanowiłam jeszcze raz spróbować i okazało się, że natrafiłam na świetną perełkę. Tak kredka ma piękny kolor (który wygląda naturalnie na linii wodnej), dobrze się nią maluje, a do tego jest bardzo trwała.

GOLDEN ROSE TOTAL COVER 2 in 1 Foundation and Concealer

Zacznę może od tego, że ja bardzo lubię ciężkie i mocno kryjące podkłady. Nawet do aplikowania ich na co dzień w dziennych makijażach. Do tej pory moim wielkim ulubieńcem jest Estee Lauder Double Wear, który niektórzy używają tylko na większe wyjścia. Ja uwielbiam go na co dzień. Jednak jest do drogi podkład, który szybko mi się kończył, dlatego chciałam znaleźć jakiś tańszy jego odpowiednik. I znalazłam. Jest to podkład Total Cover marki Golden Rose.


Pod względem efektów jakie uzyskuję na skórze oba te podkłady są do siebie mocno zbliżone. Z tym, że Estee Lauder kosztuje ok 145-180 zł, a Golden Rose 39,90 zł. Bardzo polubiłam ten podkład. Jest on dość gęsty, dlatego aplikuję go w ten sposób, że najpierw rozkładam punktowo na skórze, a następnie wklepuję przy użyciu gąbeczki. Ta metoda aplikacji pozwala mi uzyskać bardzo ładne i naturalnie wyglądające krycie, bez efektu maski. Jest też wydajny - bo jedna pompka wystarcza na całą twarz i szyję.


Mam go w odcieniu 02 Ivory, który w trakcie aplikacji jest idealnym odcieniem mojej cery. Niestety w ciągu dnia troszkę ciemnieje, dlatego muszę go rozjaśniać. Zamawiałam go online, nie sprawdzając wcześniej odcienia. Przypuszczam, że na teraz lepszy byłby dla mnie kolor 01, bo 02 będzie idealny jak się nieco opalę.

A jacy są Wasi ulubieńcy spośród kosmetyków do makijażu?
Czytaj dalej »

31 marca 2019

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - częśc I: akcesoria do makijażu i demakijażu

Ostatnio na blogu sporo było postów o kosmetykach, które się u mnie nie sprawdziły. Nadeszła więc pora opowiedzieć trochę o produktach, które bardzo polubiłam używać. Produktach, po które sięgałam najczęściej w ciągu ostatnich miesięcy. Okazuje się, że zebrało mi się ich całkiem sporo, dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie stworzyć trzy posty na ten temat. Dziś będzie o akcesoriach do makijażu i demakijażu.


 
GĄBECZKI DO PODKŁADU I KOREKTORA

Jeszcze początkiem zeszłego roku nie wyobrażałam sobie, aby nie używać pędzli do podkładu. W ten sposób najlepiej mi się go aplikowało. Obecnie tak się u mnie pozmieniało, że nie używam już pędzli. Odstawiłam je na rzecz gąbeczek, ponieważ dzięki nim uzyskuje ładniejsze efekty. Podkład prezentuje się bardziej świeżo i mogę zaaplikować go bardzo cieniutką warstwą.


Moje najulubieńsze gąbeczki są z BLEND IT. Jednak tylko te marmurkowe. Nie polecam jednokolorowych, ponieważ one szybko się niszczą. Kupuję zawsze dużą i malutką gąbeczkę. Ta większa służy do aplikacji podkładu na skórę twarzy, a ta malutka jest idealna do korektora pod oczy. Niedawno przeprosiłam się też z Beauty Blenderem w wersji różowej. Używałam ich na początku mojej przygody z gąbeczkami. Potem odstawiłam na rzecz BLEND IT. Jednak ostatnio powróciłam do Beauty Blendera i używam wszystkich tych gąbeczek ze zdjęcia na zmianę. Ze względów higienicznych gąbeczki wymieniam co 3-4 miesiące.


PĘDZEL DO BLENDOWANIA

Jeśli miałabym wskazać najmiększy pędzel jaki mam od razu powiedziałabym, że jest to M Brush numer 06. Kupiłam go już parę miesięcy temu. Był to dość drobi zakup, ponieważ pędzel kosztuje 69,90 zł. Jednak jest warty każdej wydanej na niego złotówki. Tak miękkiego i świetnie aplikującego cienie pędzla jeszcze nie miałam. Chętnie zaopatrzę się w jeszcze kilka pędzli Maxineczki.


Włosie ma bardzo miękkie. Jest dobrze wyprofilowany. Jego kształt to takie lekko spłaszczone jajeczko, dlatego świetnie blenduje się nim cienie. Polubiłam go bardziej niż moje dotąd ulubione pędzle marki Zoeva. Myłam go już wiele razy i włosie cały czas jest takie samo. Jedynie zmył się z niego całkowicie numer, a także częściowo logo marki.

Pędzel ten wykonany jest z włosia kozy. Skuwka pozłacana 24K złotem.
Długość włosia: 16 mm
Długość pędzla: 151 mm


GĄBKA KONJAC

Gąbka Konjac w kosmetyce i medycynie japońskiej istnieje od przeszło 1500 lat. To produkt w 100% naturalny i biodegradowalny, jest wolna od szkodliwych, drażniących i mogących podrażnić skórę substancji. Gąbki te używałam już jakiś czas temu. Potem przestałam - w sumie nie wiem dlaczego. Od stycznia znów do nich powróciłam. Do tej pory miałam takie zwykłe białe. Teraz kupiłam wersję z bambusowym węglem drzewnym przeznaczoną do cery tłustej i problematycznej. Węgiel taki ma naturalne właściwości antybakteryjne i przeciwgrzybicze. Gąbka skutecznie usuwa zrogowaciały naskórek. Powodując, że skóra staje się gładka.



Na zdjęciu nie wygląda może zbyt ładnie. Tutaj jest akurat wyschnięta. W kontakcie z wodą intensywnie pęcznieje, staje się delikatna i miękka. Zapewnia subtelne i łagodne dla skóry oczyszczenie bez podrażnień. A dodatkowo pozwala na minimalne użycie kosmetyków myjących, zmniejszenie ilości produktów oczyszczających, czyli znaczne uproszczenie pielęgnacji. Jedyną jej wadą jest to, że gąbka schnie powoli. Choć można ją dezynfekować i prać w wysokich temperaturach, często ulega uszkodzeniom i pomimo zachowania wzmożonych środków ostrożności: pleśnieje w środku.  Dodatki do gąbki szybko się wypłukują i tracą swoją wartość aktywną, dlatego wymieniam ją co najmniej co 3 miesiące.

Mieliście któryś z tych akcesoriów?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

24 marca 2019

LIRENE MINERAL COLLECTION Minerały z Morza Martwego ultra-wygładzający krem do rąk

Z linii MINERAL COLLECTION marki Lirene miałam już kilka kosmetyków:


Obecnie z tej serii mam ultra-wygładzający krem do rąk. Znajduje się on tubce z zamknięciem na klik. Lubię tego typu opakowania, bo są wygodne w używaniu. Wcześniej miałam krem z YOPE zakręcany malutką nakręteczką, która często mi wypadała z rąk. Kolejnym plusem kremu z Lirene jest to, że szybko się wchłania. Gdy używam go w pracy jest to komfortowe, bo nie pobrudzę nim dokumentów. Dlatego lubię go mieć przy sobie w torebce. 


Krem ma przyjemny zapach. Jest on taki  świeży i rześki. Łatwo się rozprowadza po skórze. Wystarczy użyć niewielką jego ilość. Nawilża w takim średnim stopniu. Sprawdzi się u osób, które nie mają większych problemów z suchością skóry. Chociaż producent obiecuje głębokie nawilżenie dzięki zastosowaniu oleju Babassu i wyciągu z pomarańczy, to składniki te znajdują się pod koniec składu. Dlatego do regeneracji skóry dłoni na wieczór używam inny krem. Ten sprawdza się u mnie do stosowania w ciągu dnia. Krem ma pojemność 75 ml, kosztuje 9,99 zł.


SKŁAD INCI: Aqua (Water), Isopropyl Isostearate, Betaine, Ceteareth-20, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Glyceryl Stearate SE, Orbignya Oleifera (Babassu) Seed Oil, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Alcohol Denat., Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Parfum (Fragrance), Allantoin, Disodium EDTA, Maris Sal, Ethylhexylglycerin, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, BHA, Phenoxyethanol, Methylparaben.
 
Mieliście ten krem do rąk?
Co o nim sądzicie?
Czytaj dalej »

17 marca 2019

ORIFLAME - Now Age Skin Renewing Peel, czyli odnawiający peeling z kwasami

Pozostając w temacie kosmetyków z kwasami chciałabym polecić Wam jeszcze jeden produkt. Nie spodziewałam się znaleźć coś tak fajnego w ofercie Oriflame. Nie jest to moja ulubiona marka, więc bardzo rzadko sięgam po ich kosmetyki. Tym razem jednak trafiła mi się prawdziwa perełka dla osób lubiących kosmetyki z kwasami, a zarazem obawiających się sięgnąć po mocniejsze produkty (na przykład te marki NEUTREA, które opisywałam w ostatnim poście). Peeling marki Oriflame jest skuteczny, a zarazem delikatniejszy. Nie pozostawia się go na skórze na całą noc, tylko stosuje jak maseczkę maksymalnie przez 20 minut.


Skin Renewing Peel ma za zadanie delikatnie złuszczać martwy naskórek, aby wygładzić powierzchnię skóry, co ma na celu poprawę jej wyglądu. W składzie znajduje się kwas glikolowy oraz salicylowy, a także enzymy granatu. Składniki te mają właściwości złuszczające skórę. 

kwas glikolowy - w stężeniu do 15% jest najbezpieczniejszy. Działa na skórę nawilżająco i złuszczająco. Pobudza syntezę fibroblastów, regeneruje i zwiększa nawilżenie skóry, obkurcza pory skórne i reguluje wydzielanie sebum, poleca się więc zabiegi z jego użyciem osobom z cerą tłustą, trądzikową.

kwas salicylowy - ma właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne i przeciwzapalne. Stężenie na poziomie 10-20 % sprawia, że preparat zaczyna mieć właściwości keratolityczne, to znaczy, że jest peelingiem chemicznym. Jako dobrze rozpuszczalny w tłuszczach, przenika przez warstwę sebum na skórze i wnika w głąb mieszków włosowych. Tam rozpoczyna swoją działalność bakteriobójczą i łagodzącą, usuwając nadmiar tłuszczu i zanieczyszczeń. Z tego powodu jest on polecany dla osób ze skórą trądzikową oraz dla każdego, kto chce pozbyć się zaskórników.

enzymy granatu - stosuje się w produktach przeciwzmarszczkowych, gdyż spłycają już istniejące zmarszczki oraz zwiększają sprężystość skóry, wspomagając produkcję kolagenu. Są częstym składnikiem preparatów w pielęgnacji skóry trądzikowej, gdyż wspomagają gojenie się stanów zapalnych. Polecane do cery dojrzałej, suchej i podrażnionej poprawiając jej ukrwienie i koloryt.

Wysoko w składzie znajduje się glinka biała (kaolin), która ma właściwości oczyszczające, matujące, odkażające i wygładzające. Działanie kwasów złagodzone jest nawilżaczami (gliceryną, alkoholem cetylowym, masłem shea, allantoiną). 

SKŁAD INCI: AQUA, KAOLIN, GLYCERIN, CETYL ALCOHOL, BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, DI-C12-13 ALKYL MALATE, MAGNESIUM ALUMINUM SILICATE, PPG-5-LAURETH-5, STEARETH-21, GLYCOLIC ACID, SALICYLIC ACID, XANTHAN GUM, PENTAERYTHRITYL DISTEARATE, SODIUM HYDROXIDE, STEARETH-2, PARFUM, IMIDAZOLIDINYL UREA, ALLANTOIN, DISODIUM EDTA, LACTOBACILLUS/PUNICA GRANATUM FRUIT FERMENT EXTRACT, CITRIC ACID, HEXYL CINNAMAL, BENZYL SALICYLATE, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, LINALOOL, CITRONELLOL, POPULUS TREMULOIDES BARK EXTRACT, CI 77891.


Dla kogo?
Produkt ten ze względu na użyte składniki zalecany jest dla skóry trądzikowej, tłustej i mieszanej. 

Jak często?
Producent zaleca stosować 2 razy w tygodniu, jednak nie w dni następujące po sobie. Ja jednak stosuję rzadziej, ze względu na to, że używam jeszcze inne kosmetyki z kwasami.

Jak używać?
Skin Renweing Peel ma postać kremowej maski i podobnie się go używa. Aplikuje się na oczyszczoną i osuszoną skórę, omijając okolice oczu. W celu uzyskania lepszych rezultatów można delikatnie masować skórę przez 1 minutę. Kosmetyk ten pozostawiamy na skórze maksymalnie 20 minut. Potem należy spłukać i osuszyć skórę. Łatwo się zmywa, nie zastyga na twarzy. Na koniec zostaje już tylko użyć stosowany przez nas kremem. 

Ostrzeżenia:
Nie należy używać tego produktu na podrażnionej lub uszkodzonej skórze. Zawarte w nim kwasy mogą zwiększać wrażliwość skóry na promienie UV, dlatego stosuje się go tylko na noc, a w dzień używa kremy z filtrami. Gdy pierwszy raz używałam ten preparat, to trzymałam go na skórze tylko przez 5 minut. Chciałam zaobserwować jej rekcję. W przypadku wystąpienia podrażnienia należy przerwać stosowanie. U mnie to nie nastąpiło, dlatego z każdym użyciem stopniowo wydłużałam czas trzymania produktu na skórze do 10, 15 i w ostateczności 20 minut. Jeżeli nigdy nie używało się kwasów lub stosowało się je dawno, to najlepiej jest powoli przyzwyczaić do nich skórę. 


Efekty:
Produkty z kwasami mogą powodować uczucie mrowienia czy szczypania. Ja też na początku tego doświadczyłam. Z czasem skóra przyzwyczaiła się i już tego nie odczuwam. Jedynie na policzkach skóra jest nieco zaczerwieniona, ale po posmarowaniu kremem nawilżającym zaczerwienienie mija. Za to efekty, które uzyskuję bardzo mnie zadowalają. Skóra jest gładsza i rozjaśniona. Dzięki delikatnemu złuszczaniu jest odnowiona i zregenerowana, podkłady wyglądają na niej ładniej, a także nie mam problemu z suchymi skórkami. Produkt ten może zaciekawić osoby, które z różnych względów nie mogą używać peelingów mechanicznych. Skin Renewing Peel ma 100 ml pojemności i kosztuje 39,90 zł.

Stosowaliście Skin Renewing Peel?
Co o nim sądzicie?
Czy zainteresowałam Was produktami z kwasami w składzie?
Czytaj dalej »

10 marca 2019

KURACJA KWASAMI W DOMU na przykładzie kremów Summer Peel oraz Hydratin

Zadaniem peelingu chemicznego jest usunięcie martwego naskórka, poprzez nałożenie na skórę mieszanki chemicznej składającej się z odpowiednich substancji. Te substancje to są kwasy, które powodują rozluźnienie martwych komórek naskórka. Złuszczanie za pomocą kwasów określane jest jako EKSFOLIACJA. Zabieg wykonuje się przede wszystkim na twarz, ale można również na szyję bądź dłonie. Stosuje się go w celu poprawy kondycji skóry, dodatkowo można z jego pomocą redukować zmarszczki, blizny oraz przebarwienia skóry. 


Okres jesienno-zimowy jest najlepszy do przeprowadzenia kuracji kwasami. Do tej pory stawiałam na kwas migdałowy, o którym pisałam TUTAJ. Kosmetyki te już mi się skończyły. Byłam bardzo zadowolona z efektów, jednak w tym roku postawiłam na trochę inną kurację. Z bloga kosmostolog.blogspot.com dowiedziałam się o kosmetykach marki NEUTREA i od listopada zaopatrzyłam się w dwa z nich: Summer Peel oraz Hydratin.


SUMMER PEEL jest to krem, w skład którego wchodzą trzy kwasy: migdałowy, laktobionowy oraz azelainowy. Formuła produktu jest bardzo prosta, nie posiada barwników, aromatów, a nawet konserwantów. Łączne stężenie kwasów wynosi 13%, a ich zestawienie działa na wielu płaszczyznach.

SKŁAD INCI: Aqua, Mandelic Acid, Glycerin, Lactobionic Acid, Propylene Glycol, Arginine, Azelaic Acid, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate

Kwas migdałowy to jeden z najpopularniejszych związków stosowanych w kosmetologii profesjonalnej i domowej. Wykazuje działanie odmładzające i przeciwtrądzikowe, jednoczenie jest bardzo delikatny i trudno zrobić sobie krzywdę przy jego pomocy. Bardzo ładnie odnawia powierzchnię skóry, nie ingerując w nią jednak nadmiernie.

Kwas azelainowy z kolei to substancja dobrze znana osobom walczącym z trądzikiem różowatym, czy przebarwieniami. Działa przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie, lekko złuszcza i rozjaśnia przebarwienia. W większych dawkach substancja ta bywa drażniąca, ale jest na tyle łagodna, że zaleca się ją przy wrażliwych i nadreaktywnych cerach oraz w leczeniu rosacea.

Kwas laktobionowy - działa nawilżająco i lekko złuszcza, jest silnym przeciwutleniaczem, dba o dobra kondycję bariery naskórkowej i wycisza układ naczyniowy. Przywraca skórze równowagę na wielu wymiarach. Pokochają go wszystkie cery, szczególnie zaś te bardzo wrażliwe i naczyniowe.


Dla kogo?
Preparat Summer Peel jest zalecany dla cery tłustej i mieszanej, ze skłonnościami do trądziku, wrażliwej i naczyniowej oraz dojrzałej z objawami fotostarzenia i przebarwieniami pozapalnymi.

Jak często?
Summer Peel stosuje się tylko na noc. Niekoniecznie codziennie, bo mimo że są to "lżejsze" kwasy, to mają moc. Każda skóra ma własny próg tolerancji i niestety nie ma gotowego algorytmu stosowania, który sprawdzi się u wszystkich. Częstotliwość należy ustalić indywidualnie na podstawie obserwacji cery. U jednych Summer Peel sprawdzi się codziennie, a u innych tylko 2-3 razy w tygodniu. Dla mnie najbardziej optymalne jest używanie go co 3-4 dni.

Jak długo?
Może być zastosowany w formie odrębnej kuracji lub uzupełnieniem innych preparatów, dlatego to kwestia indywidualna jak długo będzie się go używać. Producent podaje, że krem ten można bezpiecznie stosować przez cały rok. Ja jeszcze się zastanawiam, czy jak zużyję obecne opakowanie, to od razu zacznę następne, czy przeczekam okres lata i powrócę do niego na jesień.

Z czym łączyć?
Preparat świetnie sprawdza się solo, ale można go łączyć z innymi substancjami, w zależności od rodzaju problemu, nad którym chcemy popracować. Nie ma  przeciwwskazań, aby stosować Summer Peel razem z retinolem czy witaminą C. Należy jednak robić to delikatnie, z wyczuciem i obserwować cerę. A już na pewno trzeba połączyć go z kremem nawilżającym. W tym celu producent marki Neutrea stworzył specjalny krem dla cery w trakcie złuszczania kwasami czy retinolem. 


HYDRATIN jest to krem nawilżający. Jego konsystencja nie jest tak idealna jak nawilżaczy produkowanych przez znane koncerny. Porównałabym ją raczej do kosmetyków naturalnych - nie sunie po skórze jak krem z sylikonami, raczej lekko się maże, ale finalnie wchłania się znakomicie. Lubię go za to, że przynosi skórze oczekiwane ukojenie oraz nawilża ją. Ma też dobrą cenę, bo na promocji kosztuje 25,50 zł. Hydratin możemy stosować na dzień lub na noc, bez peelingu albo na peeling Summer Peel. Przy czym nie należy nakładać nawilżacza bezpośrednio na kwas, aby nie zneutralizować jego pH, należy odczekać 15-30 min. Ja używam go wyłącznie na noc i tylko w te dni, kiedy nie stosuję Summer Peel. Dzięki temu jest wydajny - jedno opakowanie używam już czwarty miesiąc. 

SKŁAD INCI: Aqua, Isononyl Isononate, Glycerin, Cetearyl Olivate, Panthenol, Methylpropanediol, Cetearyl Alcohol, Sorbitan Olivate, Hyaluronic Acid, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Allantoin, Caprylyl Glycol, Propylene Glycol, Phelnylpropanol.

EFEKTY - czyli czy kuracja ta rzeczywiście działa?
Na początku nie widziałam żadnej różnicy w wyglądzie skóry. Po kilku dniach zaczęło mi „wyciągać” drobne zmiany podskórne, a te, które już miałam szybciej się goiły. Stopniowo w kolejnych tygodniach zauważyłam delikatne rozjaśnienie cery, w tym przebarwień po wypryskach, które rozdrapałam. Skóra zrobiła się też bardzo gładka, ponieważ kwasy usuwają martwe komórki warstwy rogowej. Potem zaobserwowałam, że oczyściły się i znacznie zmniejszyły rozszerzone pory. Ta mieszanina kwasów działa skutecznie, a zarazem jest bardzo delikatna dla skóry. Nie wystąpiło u mnie podrażnienie, wysuszenie czy uwrażliwienie podczas stosowania tego produktu. Summer Peel nie ma kompozycji zapachowej, co według mnie jest zaletą. Pachnie tylko użytymi składnikami. Perfumy działają na nasze zmysły, uprzyjemniają stosowanie kremów i pomagają producentom w ich sprzedaży, ale nie są potrzebne naszej skórze - to sztuczny dodatek, który może ją tylko podrażnić. Summer Peel w promocji kosztuje obecnie 33,50 zł.


Stosowaliście kosmetyki z kwasami w domu?
Używaliście kremu Summer Peel lub Hydratin?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

3 marca 2019

REVOLUTION - Beauty Legacy by Maxineczka

Kanał Maxineczki oglądam od początku jego powstania. Bardzo dużo od niej się nauczyłam. Właściwie całe podstawy mojego makijażu zawdzięczam Joasi - Maxineczce. Ucieszyłam się, że ma możliwość wydać swoją paletę. Jednak nie byłam zainteresowana jej zakupem, ponieważ cienie do powiek, które mam wystarczają mi. Cena tej paletki nie jest wysoka, bo kosztuje 49,99 zł. Ostatnio były jednak na nią wyprzedaże i jak widzicie po tytule tego posta - postanowiłam ją jednak kupić. Zapłaciłam za nią ok. 30 zł. Paletka ta wzbudza wiele kontrowersji - jedni ją uwielbiają, inni nie za bardzo. Chciałam przekonać się sama jaka ona jest. 


Kolorystyka tych cieni bardzo mi się podoba. Znajduje się tu wszystko co potrzeba do dziennego i wieczorowego makijażu. Paleta jest wielofunkcyjna, ponieważ te większe prostokąty mogą być używane jako róż, bronzer i rozświetlacz, ale też jako cienie do powiek. Podoba mi się to założenie. Znajduje się tu też lusterko. A wszystko razem mieści się w niedużej paletce. Jest ona kartonowa, czyli zarazem lekka. Dlatego można ją zabrać w podroż i to by wystarczyło, aby wykonać makijaż.


Problem pojawia się jeśli chodzi o jakość cieni. Z niektórymi fajnie się pracuje, inne są bardzo słabe. Jednych wystarczy niedużo użyć, aby wyglądały ładnie, inne tracą na pigmentacji w trakcie aplikacji na powiekę. Są tutaj też kolory, które inaczej wyglądają w palecie, a inaczej prezentują się na powiece. Po miesiącu codziennego używania tej palety okazało się, że znajdują się w niej tylko 3 cienie, które lubię używać. Z pozostałymi zbyt ciężko się pracuje lub źle czuję się w makijażu z użyciem takich kolorów. 


PURE GLOW - ten cień może też być rozświetlaczem. Jego kolor podoba mi się, ale tylko w opakowaniu. W rzeczywistości jest bardzo słabo napigmentowany. Nie sprawdza się do rozświetlenia oczu w kącikach, ani na całą powiekę, ani tym bardziej jako rozświetlacz. On po prostu gubi pigment  i ginie w tłumie innych kolorów. Obecnie nie używam go wcale.

LOVE'S HUE - ten cień może być też różem. Niestety jego kolor jest okropny. Gdy aplikowałam go jako róż, to bardzo źle się w nim czułam. Ten kolor jest zbyt ceglasty. Potwierdzają to opinie innych ludzi, którzy mnie w takim makijażu widzieli. Zaczęłam używać go na powieki. Jednak również i w tym przypadku źle się czułam, a wykonany makijaż mi się nie podobał. Obecnie nie używam go wcale.

THE GRAND TAN - ten cień może też być bronzerem. Zaczęło się niezbyt pozytywnie, ale przejdźmy teraz do wielkiego pozytywnego kopa. To jest jeden z tych cieki, które bardzo lubię w tej palecie. Ma piękny odcień brązu - uwielbiam go jako bronzer, ale nieraz do załamania powieki też używam. Dobrze się z nim pracuje: łatwo aplikuje, rozciera i blenduje. 


CANVAS - to taki podstawowy, bazowy cielisty cień. Nie mam mu nic do zarzucenia. Dobrze się go używa. Kolor też ma fajny - ładnie stapia się z kolorem mojej skóry.

ASH - cień kolorystycznie bardzo podobny do The Grand Tan, tylko trochę ciemniejszy. Powinien być świetny do podkreślania załamania powieki, a nie jest. Podoba mi się ten kolor, ale nie lubię go używać, ponieważ źle mi się z nim pracuje. Nie blenduje się równomiernie, tylko tworzy plamy.

BRICK - jest to kolejny odzień brązu, tylko nieco cieplejszy. Kolor ładny, ale z nim również źle mi się pracuje. Mam do niego te same zarzuty, co do cienia ASH.



CRYSTAL - w opakowaniu wygląda bardzo ładnie. Taki połyskujący różowy kolor. Niestety na powiece prezentuje się okropnie. Pasowałby mi do aplikacji na całą powiekę, bo lubię takie kolory. Niestety na powiece wygląda bardzo brzydko. Nie wiem jak to inaczej określić, ale dla mnie wygląda on po prostu jak taki "chamski brokat".

COPER - znów natrafiamy na cień, który lubię. Jest to ładny, nieco opalizujący brąz. Dobrze się aplikuje na powiekę, nie traci na intensywności i ładnie się blenduje z innymi cieniami. 

PETAL - piękne borbo. Podobają mi się takie kolory. Niestety on ładnie wygląda tylko w palecie. Na oku traci już na pigmentacji. Nie da się go dołożyć, aby wzmocnić kolor. Niestety nie podoba mi się. 


ORCHID - jest to cień który zupełnie inaczej wygląda w opakowaniu, bo jak ciemny granat. A po aplikacji na powiekę to już zupełnie inny kolor - staje się wtedy fioletowy. Jest on bardzo ciekawy, jednak ja źle czuję się w takich kolorach i nie sięgam po niego zbyt często. 

SMOKE - to bardzo ciemny brąz. Lubię takie kolory po podkreślania zewnętrznego kącika oka. Niestety jest on słabo napigmentowany i ginie wśród innych cieni. Nic nie przyciemnia. 

NIGHT - czarny kolor, co do którego nie mam zastrzeżeń. Mógłby on nawet być czwartym moim ulubionym cieniem z tej palety, ale ja rzadko czarny cień używam.


No cóż - niestety nie zaliczam się do wielbicieli tej palety. Lubię z niej używać tylko 3 cienie. Po resztę sięgam bardzo rzadko lub wcale. Nie mam porównania do innych cieni marki Revolution, ponieważ ich nie miałam. Moje porównanie opiera się na wrażeniach z używania cieni innych marek, jak na przykład Zoeva, Too Faced, KOBO, Golden Rose, Nabla, My Secret czy Glam Shop. Specjalnie kupiłam nawet ulubiony korektor Maxineczki, który stosuje pod cienie, czyli Collection Lasting Perfection. Jednak to też nie pomogło w polepszeniu mojej opinii o tej palecie. Po oglądnięciu i przeczytaniu wielu pochwał na jej temat, zastanawiam się czy jest ona taka kiepska czy to może kwestia partii danej palety na jaką trafiłam.

Mieliście paletę Beauty Legacy?
Co o niej sądzicie?
Czytaj dalej »

24 lutego 2019

3 RAZY NIE #11 - czyli kosmetyki, które mnie rozczarowały

Ostatni tego typu post pojawił się na blogu w zeszłym roku w listopadzie. Teraz mamy luty, a ja mam kolejne kosmetyki, które mnie rozczarowały swoim działaniem. Przeważnie powracam do moich sprawdzonych pewników. Jednak ostatnio chciałam wypróbować trochę nowych kosmetyków. Znalazłam wśród nich kilka świetnych perełek, jednak na razie zacznę od rozczarowań.


ORIFLAME - COLOURBOX FAT LASH MASCARA

Mam tą maskarę w kolorze czarnym. Producent podaje, że należy do kategorii pogrubiających. Kupiłam ją, ponieważ wcześniejszy tusz z Oriflame, który miałam był świetny - a  mianowicie: The One Volume Blast. Tamten był w fioletowym opakowaniu, ale mają one ze sobą też trochę wspólnego. Oba mają silikonowe szczoteczki, a także są tej samej firmy, dlatego spodziewałam się uzyskać podobne rezultaty. Niestety bardzo się rozczarowałam. 


Tusz Colourbox Fat Lash jest po prostu kiepski. Ma zbyt rzadką formułę. Myślałam sobie, że potrzeba mu trochę czasu i zgęstnieje. Używam go już dwa miesiące i dalej jest taki sam. Jedna jego warstwa to za mało, bo rzęsy są słabo pomalowane. Niestety dołożenie drugiej warstwy nie pomaga, bo rzęsy robią się posklejane. Dodatkowo długo wysycha przez co często brudzę sobie nim powieki i psuję zrobiony makijaż.


Nie lubię go używać i Wam go nie polecam. Na szczęście nie kosztował mnie zbyt drogo. W styczniowym katalogu był na promocji za ok. 5 zł. Jego standardowa cena to 24,90 zł.


BE BEAUTY - ŁAGODZĄCY PŁYN MICELARNY DO DEMAKIJAŻU TWARZY I OCZU

Nie lubię płynów micelarnych marki Be Beauty. Naczytałam się wiele pozytywnych opinii o tych produktach, przez co kusi mnie co jakiś czas po nie sięgać. Jednak zawsze jestem rozczarowana ich działaniem. Próbowałam ich używać już od 2013 roku. Wtedy miały inne opakowanie. Skład też się nieco zmienił (klik). Jednak wciąż tak samo jestem niezadowolona z tego jak słabo radzą sobie z demakijażem. A właściwie sobie z tym całkowicie nie radzą. Skoro go kupiłam, to staram się zużyć, jednak jako tonik. 


Skład INCI: Aqua, Poloxamer 184, Disodium Cocoamphodiacetate, Propylene Glycol, Polysorbate 20, Sodium Hyaluronate, Viola Odorata Flower Extract, Jasminum Officinale Flower Extract, Sodium Chloride, Disodium EDTA, Sodium Citrate, Citric Acid, Parfum, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol.


L'BIOTICA BIOVAX - REGENERUJĄCY SZAMPON MICELARNY

Lubię tą markę kosmetyczną, jednak do tej pory kupowałam głównie ich maski do włosów. Chciałam wypróbować również i szampon. Zdecydowałam się na wersję do włosów suchych i zniszczonych.


Co prawda skutecznie oczyszcza skórę głowy. Jednak dla włosów nie jest taki fajny. Po umyciu są szorstkie, przez co bardzo się plączą podczas spłukiwania szamponu. Nawet jak używam po nim maskę, to są problemy z rozczesywaniem włosów. Więcej po niego nie sięgnę, a i Was ostrzegam przed tym szamponem. Czytałam jego opinie na wizaz.pl - było tam sporo osób, które miały z nim dokładnie tak samo jak ja.

A Wy mieliście któryś z tych kosmetyków? 
Co się u Was ostatnio  nie sprawdziło?
Czytaj dalej »

17 lutego 2019

ANWEN - kosmetyki do pielęgnacji włosów

Bloga Anwen czytałam prawie od samego początku jego powstania. Bardzo ucieszyłam się, gdy wprowadziła własne kosmetyki do pielęgnacji włosów. Zrobiło się o nich bardzo głośno w blogosferze, jednak ja poczekałam trochę z zakupem "anwenówek". Dopiero końcem zeszłego roku kupiłam pierwszy produkt. Na początek skusiłam się na maskę do włosów. Jej działanie spodobało mi się tak bardzo, że potem zaopatrzyłam się w kilka kolejnych produktów.


MASKA WINOGRONA I KREATYNA do włosów średnioporowatych

Od tej maski wszystko się zaczęło. Czytanie bloga Anven wniosło wiele pozytywnych zmian w moim podejściu do pielęgnacji włosów. Zaciekawiło mnie dostosowanie pielęgnacji do porowatości włosów. Z przeprowadzonych przeze mnie obserwacji wynika, że moje włosy są średnio porowate w kierunku do nisko porowatych, dlatego skusiłam się właśnie na tę maskę. To był strzał w dziesiątkę. Maska świetnie dociąża włosy, jednocześnie ich nie przeciążając. A także wygładza, sprawia, że mają więcej blasku i ładnie się układają. Stosuję ją raz na tydzień, a nawet i rzadziej. Użyta co dwa tygodnie również świetnie się sprawdza. Nie stosuje ją częściej, ponieważ można nią przeproteinować włosy. Jest to drugie opakowanie maski, które używam - zapewne nie ostatnie.


 SKŁAD INCI: Aqua, Cetearyl Alcohol, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Behentrimonium Chloride, Glycerin, Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Silk, Maris Sal, Silica, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Panthenol, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Parfum, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene.


NAWILŻAJĄCY BEZ odżywka do włosów o różnej porowatości 

Uwielbiam zapach bzu. Powoli zbliża się wiosna i już nie mogę się doczekać kiedy zacznie kwitnąć. Na razie jednak mogę delektować się tym zapachem dzięki odżywce do włosów. W opakowaniu jest on dość mocny, ale na włosach staje się słabszy. Co jest dobre, bo potem nie "gryzie się" z perfumami. Odżywkę stosuję na różne sposoby. Najczęściej jako podkład pod olejowanie, ale zdarza mi się używać jej też na sam koniec mycia włosów. Jej skład opiera się przede wszystkim na humektantach, czyli substancjach nawilżających. Moje włosy są po użyciu tej odżywki są miękkie, sprężyste, sypkie i nawilżone.


Skład INCI: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Starch Hydroxypropyltrimonium Chloride, Solanum Tuberosum (Potato) Starch, Allium Cepa Extract, Saccharide Isomerate, Hydroxypropyltrimonium Hyaluronate, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice Powder, Cetrimonium Chloride, Glycerin, Urea, Polysorbate 80, Hydroxypropyl Guar, Citric Acid, Sodium Citrate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Caprylyl Glycol, Parfum, Amyl Cinnamal, Cinnamyl Alcohol, Hydroxycitronellal.


OLEJ MANGO do włosów średnioporowatych

Z innych kosmetyków Anven, które mam jestem bardzo zadowolona. Jednak z tym olejem moje włosy się nie polubiły, mimo że wybrałam wersję do włosów średnioporowatych. Stosowałam go na dwa sposoby i za każdym razem efekty były niezbyt dobre. Po pierwsze na suche lub wilgotne włosy, na  minimum 30 minut, a następnie zmywałam szamponem. Potem maska lub odżywka. Niestety efekt był taki, że moje włosy wyglądały jakbym miała "bad hair day". Za każdym razem, gdy używałam ten olej włosy były spuszone, strączkowały się i nie układały ładnie. Można też nałożyć kilka kropli na końcówki umytych włosów. Niestety u mnie wygląda to tak, jakby olej nie chciał się wchłaniać, nawet jak zaaplikowałam bardzo niewielkie jego ilości. Powoduje to efekt przetłuszczonych włosów. Zużyłam go połowę i na razie stoi na półce, bo nie wiem co z nim dalej zrobić.

 
Skład INCI: Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Prunus Domestica (Plum) Seed Oil, Camellia Kissi Seed Oil, Parfum, Tocopheryl Acetate, Hexyl Cinnamal, Linalool, Geraniol, Alpha Isomethyl Ionone, Limonene, Citral.


MINT IT UP szampon peelingujący

To jest pierwszy szampon z peelingiem, który używam. Musze przyznać, że do tej pory bałam się tego typu produktów. Mam włosy średniej długości - takie do ramion. Miałam obawy czy te drobinki peelingu da się wypłukać, aby nie zostały we włosach. Używałam ten szampon już kilka razy i jestem pozytywnie zaskoczona, że nie ma z nim większych problemów. Dobrze się pieni, skutecznie oczyszcza skórę głowy, a przy tym drobinki peelingu łatwo się wypłukują. Szampon zawiera też w składzie dodatek enzymu, który pomaga usunąć nadmiar zrogowaciałego naskórka. Zalecane jest, aby stosować go raz na tydzień, jednak ja sięgam po niego tak co półtora - dwa tygodnie. Jedynie przeszkadza mi w nim to, że włosy po jego użyciu są lekko szorstkie. Ale po zastosowaniu odżywki wszystko wraca do normy i nie ma problemów z ich rozczesaniem.


Skład INCI: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Urea, Prunus Armeniaca (Apricot) Seed Powder, Acrylates Copolymer, Propanediol, Polysorbate 20, Dipotassium Glycyrrhizate, Bacillus Ferment, Glycerin, Propylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Polyquaternium-10, Mentha Piperita (Peppermint) Leaf Oil, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Parfum.

Mieliście już jakieś kosmetyki spośród oferty "Anwenówek"?
Co o nich myślicie?
Czytaj dalej »