16 września 2019

3 RAZY NIE #12, czyli kosmetyki, które mnie rozczarowały


Natrafiam na mało kosmetyków, które mnie rozczarowują. Większość tych, które używam działa dobrze i jestem z nich zadowolona. W ciągu ostatnich  miesięcy jednak uzbierało mi się kilka takich produktów, na które muszę ponarzekać, a przed jednym to was nawet ostrzec. Nie przedłużając - zapraszam na post z trzema kosmetykami, które się u mnie nie sprawdziły.


EVELINE FACEMED+ oczyszczająca maseczka peel-off do twarzy ze spiruliną 3 w 1

Nie pamiętam już skąd ją mam. Raczej jej nie kupiłam. Pewnie dostałam. Jednak jak już się u mnie znalazła, to postanowiłam ją wypróbować. Maseczka ta zawiera spirulinę, dlatego ma kolor ciemno zielony. Producent podaje, że ma ona za zadanie dogłębnie oczyszczać skórę, a zarazem regulować wydzielanie sebum. Musze przyznać, że nie wiem czy tak działa, ponieważ użyłam ją tylko raz - i to było o ten jeden raz za dużo.


Problemem jest jej gęsta konsystencja. Aplikacja tej maski na skórę jest problematyczna, bo ciężko ją równomiernie rozłożyć, a do tego jeszcze cienko. Jednak to nic w porównaniu ze zmywaniem. Niby jest to maska typu peel-off, więc powinna zastygnąć i dać się ściągnąć. Tak jednak się nie stało. Nie chciała też spłukać się wodą. Musiałam ścierać ją po kawałku płatkami kosmetycznymi. To była męczarnia. Skończyłam z podrażnioną i zaczerwienioną skórą.


Nie zamierzam jej więcej używać. Opakowanie trzymałam tylko po to, aby zrobić zdjęcia do posta, a zaraz potem ląduje do kosza. Miałam już maseczki peel-off innych firm i jak dotąd nie miałam z nimi takich problemów. Nie polecam Wam jej. A jak zerkniecie na jej recenzje na wizaz.pl, to zobaczycie, że więcej osób miało z nią podobne problemy. Dodatkowo martwi mnie Alcohol Denat. już na drugim miejscu w składzie. Zresztą sami zobaczcie: 

SKŁAD INCI: Aqua, Alcohol Denat., Polyvinyl Alcohol, Glycerin, Sucrose, Propylene Glycol, Arctium Lappa Root Extract (korzeń łopianu większego), Calendula Officinalis Flower Extract (wyciąg z kwiatów nagietka lekarskiego), Citrus Limon Fruit Extract (wyciąg z cytryny), Humulus Lupulus Cone Extract (wyciąg z chmielu zwyczajnego), Hypericum Perforatum Flower/Leaf/Stem Extract (ekstrakt z dziurawca), Salvia Officinalis Leaf Extract (ekstrakt z szałwii), Saponaria Officinalis Root Extract (ekstrakt z mydlnicy lekarskiej), Spirulina Maxima Extract (ekstrakt ze spiruliny), Panthenol, Menthol, Charcoal Powder, Sodium Acetate, Parfum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Mica, CI 77891, CI 19140, CI 74160.


BELL Multi Mineral Anti-Age Concealer

Korektor ten kupiłam będąc kiedyś w Biedronce. Przyglądnęłam się kosmetykom marki Bell, ponieważ wiele osób na YT chwaliło, że poprawiły swoją jakość i wiele z nich warto kopić. Ja akurat skusiłam się na ten korektor. Ma fajny, jasny kolor i nie ciemnieje - to tyle z jego zalet. Poza tym, to same wady.


Ma bardzo słabe krycie. Nie jestem w stanie zamaskować nim niedoskonałości, które przebijają jeszcze przez podkład. Nie nadaje się też pod oczy, ponieważ mocno zbiera się w załamaniach skóry. Opakowanie też jest kiepskie, gdyż w trakcie wyjmowania aplikatora wypada kółeczko (nie wiem jak się to fachowo nazywa), które ma zbierać jego nadmiar. Dlatego przeważnie wyjmuje mi się go za dużo. Mimo wszystko postanowiłam go zużyć, jednak nie jako korektor. Dzięki temu, że jest bardzo jasny, to mieszam go z nieco za ciemnymi podkładami. Nie zmienia ich konsystencji, ani właściwości. Fajnie spisuje się jako rozjaśniacz.


SLEEK SHINE gąbka do makijażu blender ścięty

Już od około roku nie używam pędzli do aplikacji podkładu, tylko gąbki. Moje ulubione to te z Blend it. Jednak lubię też testować inne. Gdy robiłam zamówienie w jednym ze sklepów internetowych, to brakowało mi kilku złotych do darmowej przesyłki. Dorzuciłam więc do zamówienia tą gąbeczkę. Kosztowała 5,99 zł, więc pomyślałam, że jak będzie dobra, to fajnie mieć taką tanią alternatywę. Dodatkowo zaciekawił mnie jej kształt, ponieważ jest ścięta z jednej strony.


Przez pierwsze dni używało mi się jej fajnie. Jednak bardzo szybko to się zmieniło. Zepsuła się w przeciągu miesiąca. Wiem, że takie gąbeczki należy często wymieniać ze względów higienicznych, jednak te, które miałam do tej pory spokojnie wystarczały mi na 3 miesiące codziennego używania.


Ta gąbeczka ma nieco inną powierzchnię - jest bardzo gładka. Gąbki przeważnie są porowate i lekko chropowate. Sleek Shine szybko zaczęła robić smugi z podkładu w trakcie aplikacji. Po koło trzech tygodniach nie dawała się już domyć z podkładu. Widać to na zdjęciach - nie da się jej bardziej domyć, chociaż próbowałam robić to na kilka sposobów. Ostatecznie w czwartym tygodniu mocno popękała. Nie używam jej już i nie zamierzam więcej gąbek tej marki kupować.

A Wy mieliście któryś z tych kosmetyków? 
Co się u Was ostatnio  nie sprawdziło?
Czytaj dalej »

8 września 2019

BIELENDA Botanic Formula - płyn micelarny: olej z konopi + szafran

Bielenda mnie coraz częściej zaskakuje - w pozytywnym sensie oczywiście. Trafiłam na kolejny bardzo dobry produkt tej marki. Kupiłam go przypadkiem. Wcześniejszy płyn micelarny miałam też z Bielendy, ale z ich linii Professional Micelles and Pearl. Pisałam o nim TUTAJ. Gdy już mi się zaczął kończyć, to wybrałam się do drogerii, bo zachciałam wypróbować coś nowego. Przeglądałam różne micele, aż w końcu moją uwagę przyciągnął ten z linii Botanic Formula wersja olej z konopi + szafran.


Używam go już od wakacji i jestem z niego zadowolona. W skład tej linii wchodzi jeszcze kilka kosmetyków, takich jak: krem nawilżający do twarzy, serum, maseczka, olejek nawilżający oraz żel do mycia twarzy. Dziś będzie jednak o płynie micelarnym, bo z tej linii mam tylko ten jeden produkt. Jednak te pozostałe mnie też zaciekawiły i kto wie - może skuszę się jeszcze na któryś z nich.

Producent podaje, że płyn ten przeznaczony jest do każdego rodzaju cery. Ja używam go przy skórze mieszanej. Produkt ten spełnia moje oczekiwania. Dobrze radzi sobie z demakijażem oraz oczyszczaniem skóry. Z tym, że ja nie używam kosmetyków wodoodpornych, ale czytałam na innych blogach, że też daje sobie z nimi radę. Jest przy tym delikatny. Nawet jak dostanie mi się czasem do oka, to nie piecze. Jest też zarazem bardzo łagodny dla skóry. Po przetarciu nim nie jest ściągnięta, ani podrażniona. Raczej tak leciutko nawilżona. Ale wiadomo, że nie jest to jego zadanie, dlatego zaraz po demakijażu sięgam po krem nawilżający. Opakowanie 500 ml pojemności kosztuje ok. 20 zł.


Starałam się kupić płyn micelarny taki, aby miał w miarę jak najlepszy skład. Tego produktu jest następujący:
SKŁAD INCI: Aqua, Rosa Damascena Flower Water (destylat z róży damasceńskiej), Glycerin, Trehalose, Sodium Lactate, Betaine, Sodium Cocoyl Alaninate, Sodium Cocoamphoacetate, Crocus Sativus (Saffron) Flower Extract (ekstrakt z szafranu), Cannabis Sativa (Hemp) Seed Extract (ekstrakt z nasion konopi siewnych), Sodium Hyaluronate, Lactic Acid, Disodium EDTA, Sodium Cloride, Sodium Glycolate, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Sodium Dehydroacetate.

Nie wiem czy słyszeliście - a jest o tym mowa coraz częściej, że płynu micelarnego nie powinno się zostawiać na skórze, tylko spłukać. Usłyszałam nawet takie porównanie, że z płynem micelarnym jest jak z proszkiem do prania - nie zostawiamy go po praniu na ubraniach, tylko jest spłukiwany. A micele to też detergenty, które mogą podrażnić skórę, gdy na niej zostaną niespłukane. Jest to dla mnie coś nowego, bo jak z ciekawości przeglądnęłam opakowania płynów micelarnych, to producenci nigdzie o tym nie wspominają. Dodatkowo odkąd zaczęłam zmywać płyn micelarny ze skóry, to i tak nie widzę żadnej różnicy w jej kondycji. Nic się nie poprawiło, ani nie pogorszyło.

A Wy słyszeliście o zmywaniu płynu micelarnego?
Mieliście ten płyn micelarny Bielenda olej z konopi + szafran?
Co o nim sądzicie?
Czytaj dalej »

1 września 2019

TOP 3 - podkłady, które naljepiej sprawdziły się latem

Latem nie maluję się często. W te najgorętsze dni używam tylko krem z filtrem i to mi wystarczy. Często sięgam też po podkład mineralny. Ale w te mniej gorące letnie dni, gdy chciałam się pomalować, to najczęściej sięgałam to te trzy podkłady. Lubię używać je pojedynczo, jednak fajniejsze efekty otrzymywałam mieszając dwa lub trzy z nich razem.



MISSHA - PERFECT COVER BB CREAM

Post zatytułowałam, że będzie dotyczył podkładów, a już na początek prezentuję krem BB. Jednak ma on tak fajne krycie, że traktuję go jakby był podkładem. Chyba nie muszę się tutaj o nim wiele rozpisywać, ponieważ już sporo jego recenzji jest na internecie. Chociaż słyszałam o nim od dawna, to wypróbowałam go dopiero w tym roku. Lubię go za komfort noszenia, naturalny wygląd i trwałość. Sprzedawany jest w opakowaniach o dwóch pojemnościach: 20 i 50 ml. Ja kupiłam to mniejsze, bo potrzeba mi go tylko na okres lata i trochę jesieni. Zimą preferuję malować się podkładami. 


Perfect Cover mam w odcieniu numer 21 - Light Beige. Gdy popatrzycie na swatche, to odcień ten wydaje się być nieco ziemisty. Jednak fajnie dopasowuje się do koloru skóry. Za to go bardzo lubię, bo nie odznacza się, ani nie pomarańczowieje. Na skórze wygląda jak lekki podkład. Takie właśnie krycie latem mi wystarcza. Do tego ma filtr SPF 42 / PA +++. Jedyne co mi w nim nieco przeszkadza, to jego wykończenie, które jest satynowe i lekko rozświetlające. Ja wolę matowe. Dlatego ten krem BB tylko czasem stosuję sam. Najczęściej mieszam go z pozostałymi dwoma podkładami prezentowanymi w tym poście. 


L'OREAL - TRUE MATCH SUPER-BLENDABLE FOUNDATION

Jest to bardzo fajny podkład do stosowania latem. Ma lekką i dość rzadką konsystencję. Dzięki temu aplikuje się cienką warstwą. A w miejsca, które wymagają poprawek, łatwo można go jeszcze dołożyć. Krycie ma średnie w kierunku do lekkiego - takie latem jest dla mnie w sam raz. Gdy używam go w chłodniejsze miesiące, to po prostu aplikuje dwie cienkie warstwy, aby uzyskać mocniejsze krycie. A jeszcze lepszym rozwiązaniem jest pomieszać go z opisywaną wyżej Misshą. Powstaje wtedy bardziej kremowa mieszanina, która fajnie prezentuje się na skórze - takie lekko satynowe, a jednocześnie pudrowe wykończenie. 


Podkład L'Oreal mam w odcieniu 1N, który jest bardzo jasny. Ładnie dopasowuje się do mojej skóry, nie muszę go rozjaśniać przy mojej bladolicości. Jest to podkład trwały, jeśli nie podpieram twarzy rękami, to nie ściera się. Poza tym nie ciemnieje i znajduje się w wygodnym opakowaniu z pompką. Podoba mi się w nim też to, że szklane opakowanie jest przezroczyste - doskonale widać jak ubywa. Zużyłam go już połowę, ale na zdjęciach tego nie widać, bo go poruszałam. Musi chwilę odstać na spokojnie, aby znów było widać jego ubytek. Jest to podkład niedrogi - w sklepach internetowych można go dostać za około 25 zł. Mi udało się kupić go w bardzo fajnym zestawie z kremem Hydra Genius, Tuszem Volume Million Lashes i lusterkiem za 68 zł.


LUMENE - MATTE FOUNDATION

A oto mój najnowszy nabytek, a zarazem wielkie odkrycie. Wiele osób polecało ten podkład, długo się nad nim zastanawiałam. W końcu się skusiłam dzięki promocji w Drogerii Pigment, na której kupiłam go za 55,19 zł. Kupowałam go przez internet i nieco nie trafiłam z odcieniem, ponieważ numer 1 jest dla mnie troszkę za ciemny. Dlatego czasem używam go samego, jednak częściej mieszam z podkładem L'Oreal i wszystko jest w porządku z kolorem. Daje on fajne matowe, dość mocne krycie. Dlatego na zimę muszę się zaopatrzyć w jaśniejszy odcień, czyli 0, aby je mieszać razem. 


Podkład ten jest skierowany do cery tłustej i mieszanej, czyli dla mnie. Jest on świetny na co dzień, dla osób, które lubią mocne krycie i matowe wykończenie. Znajduje się w małej, wygodnej w użyciu tubce, mieszczącej 30 ml produktu. Mimo swojego dobrego krycia jest lekki i nie daje uczucia ciężkości na skórze w ciągu dnia. Do tego nie zbiera się nieestetycznie w załamaniach skóry, nie ściera się z twarzy, a jak już mu to się zdarzy, to robi to bardzo równomiernie. Aby uzyskać zadowalające mnie krycie wystarczy zaaplikować jedną jego warstwę. Wygląda na skórze naturalnie. Jestem kolejną osobą, która dołącza do grona jego wielbicieli.  

Na koniec jeszcze zestawienie odcieni tych trzech podkładów:

Znacie te produkty?
Używaliście któregoś z nich?
Jakie są Wasze ulubione letnie podkłady?
Czytaj dalej »

20 sierpnia 2019

BEN & ANNA - Naturalny dezodorant na bazie sody - wersja PURE

Odkąd przerzuciłam się na naturalne dezodoranty, to przetestowałam ich już kilka. Te, które się u mnie najlepiej sprawdziły i najbardziej polubiłam opisałam tutaj:


Jednak lubię też sprawdzić co mają w ofercie inne marki. Sporo blogerek polecało dezodoranty marki Ben and Anna. Poczytałam o nich trochę i stwierdziłam, że wpisują się one w moją filozofię pielęgnacyjną. Dezodoranty te dostępne są w kilku wariantach zapachowych:
  • Nordic Timber: drewno cedrowe z Palma Rosa - ciepły, drzewny, męski zapach
  • Provence: charakterystyczny aromat lawendy - relaksujący i przyjemny
  • Persian Lime: świeża limonka - cytrynowy, świeży i energetyczny
  • Vanilla Orchid: kwiatowa-słodka i relaksująca wanilia z kojącym skórę nagietkiem - idealny dla wrażliwej skóry
  • Indian Mandarine: urzeka aromatem pomarańczy i orzeźwiającymi cytrusowymi roślinami
  • Pink Grapefruit: rajski i przyjemny zapach - idealny w lecie
  • Pure: bez zapachowy

 

Ja wybrałam ten bez zapachowy, czyli PURE. Znajduje się on w recyklingowanym opakowaniu kartonowym o pojemności 60 g. Kosztuje ok. 40 zł. Nie zawiera w sobie związków aluminium, PEG, parabenów, ftalanów i jest wyprodukowany na bazie sody. Jest to też produkt wegański i cruelty-free. Aby go użyć wystarczy lekko wysunąć i posmarować nim pachy. Ale nie jest to taki typowy sztyft. Zawartość opakowania od spodu zabezpieczona jest papierową tekturką, którą wypychamy palcem. Dzięki temu sztyft podnosi się stopniowo w miarę zużywania go.



Na początku używało mi się go bardzo dobrze. Podczas kontaktu z ciepłem skóry stopniowo rozsmarowywał się na jej powierzchni. Jednak z czasem dezodorant nieco zasechł i teraz (gdy zostało mi już go ok. 3 cm) mam problemy z jego aplikacją. Dezodorant zrobił się twardy i zbity - nie rozprowadza się już po skórze z taką łatwością jak na początku. A nawet podczas pocierania o skórę zaczął się zbierać w drobne kawałki i kruszyć. Teraz najlepiej jest odłamać go troszkę na palce i poczekać aż nieco zacznie się topić na skórze i dopiero wtedy aplikować go pod pachy. Jest to trochę upierdliwe, dlatego z niecierpliwością czekam, aż go zużyję i zacznę stosować jakiś inny dezodorant.


Jeśli chodzi o jego działanie, to sprawdza się u mnie świetnie, ale tylko w te dni, kiedy nie jest za gorąco. Dezodorant od antyperspirantu różni się tym, że nie ma za zadanie blokować wydzielania potu, tylko neutralizować jego zapach. W takie chłodniejsze dni on działa. Jednak w letnie upały nie sprawdził się kompletnie. Czułam się z nim niekomfortowo, bo czuć było ode mnie zapach potu. Dlatego nie kupię go więcej. Miałam już inne naturalne dezodoranty, które się u mnie lepiej sprawdziły również i w takie upały Chciałabym tu jeszcze dodać, że nie mam problemów z nadmierną potliwością.


Skład INCI:
  • Sodium Bicarbonate
  • Butyrospermum Parkii (Shea) Butter [1]
  • Maranta Arundinacea Root Powder [1]
  • Zea Mays (corn) Starch
  • Cocos Nucifera (Coconut) Oil [1]
  • Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil [1]
  • Cetyl Alcohol
  • Stearyl Alcohol
  • Coco Caprylate/ Caprate
  • Helianthus Annuus (sunflower) Seed Wax
  • Ricinus Communis (Castor) Seed Oil
  • Caprylic/capric Triglyceride
  • Shorea Robusta Resin
  • Rhus Verniciflua Peel Cera
  • Rhus Succedanea Fruit Cera
  • Tocopherol
  • Ascorbyl Palmitate (Vitamin C)
  • Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil [1]
  • Daucus Carota Sativa (Carrot) Root Extract [1]
  • Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract [1]
  1. z kontrolowanych upraw ekologicznych
Znacie markę Benn and Anna?
Używacie naturalnych dezodorantów?
Czytaj dalej »

12 sierpnia 2019

ALTERRA - Szampon z węglem aktywnym do włosów przetłuszczających się

Od kilku lat chętnie sięgam po produkty do pielęgnacji włosów marki Alterra. Co prawda ich składy nie do końca są fajne - mimo braku SLS i SLES wciąż zawierają mocniejsze detergenty. Jednak do tej pory produkty te się u mnie sprawdzały i nie miałam powodów, aby na nie narzekać. Dlatego chętnie sięgnęłam po jeden z nowszych szamponów w ich ofercie, czyli szampon z węglem aktywnym. Sporo firm wypuściło na rynek kosmetyki mające w składzie węgiel. Miałam już maski do twarzy, pastę do zębów, więc czemu by nie spróbować i szamponu.


Jest to szampon oczyszczający, do przetłuszczającej się skóry głowy. Nie mam z tym problemów, ale chciałam wypróbować jak sprawdzi się taki szampon z węglem. Produkt ten dobrze się pieni i łatwo spłukuje. Zapach ma przyjemny i neutralny. Jest koloru ciemnoszarego, ale pieni się na biało. Nie brudzi wanny, ręczników, ani nie zostawia osadu.


Co do efektu oczyszczania jest on delikatny, ale zauważalny. Byłby to całkiem fajny szampon, jednak w moim przypadku strasznie plącze włosy. Zawsze przed myciem rozczesuję włosy i to wystarcza, aby po umyciu nie musieć ich dalej czesać. Niestety szampon ten już w trakcie mycia powoduje, że włosy stają się bardzo szorstkie, przez co plączą się. Po myciu aplikuję odżywki i maski, niestety nawet te co sprawdzają się u mnie najlepiej, nie dają sobie rady po tym szamponie. Tylko nieco poprawiają stan splątania włosów. Dlatego rzadko sięgam po ten szampon. Po dwumiesięcznym używaniu oceniam go na 2+ w skali do 5. 


Jeśli chodzi o skład, to na początku mamy mocniejsze detergenty, złagodzone nieco przez betainę. Węgla nie ma tutaj za dużo (Charcoal Powder) - jest już po zapachu. Dodatek cynku i ekstraktów ziołowych, których też nie mamy za dużo powoduje, że nie należy bać się tego szamponu jako zbyt mocno oczyszczającego. To, że producent akurat ten nazwał „do włosów przetłuszczających się” nie znaczy, że osoby z innym rodzajem skóry głowy powinny go unikać. Jeśli ktoś na co dzień używa mocnego, drogeryjnego szamponu z SLS ten szampon pewne będzie dla niego łagodny i spokojnie może być stosowany na co dzień, jako zdrowsza alternatywa dla włosów. Szampon ma pojemność 200 ml i kosztuje 8,99 zł.


SKŁAD INCI: Aqua, Glycerin, Coco-Glucoside, Lauryl Glucoside, Sodium Coco-Sulfate, Betaine, Citric Acid, Arginine, Levulinic Acid, Disodium Cocoyl Glutamate, Parfum**, Xanthan Gum, Glyceryl Oleate, PCA Glyceryl Oleate, Sodium PCA, Zinc PCA, Sodium Levulinate, Linalool, p-Anisic Acid, Sodium Chloride, Sodium Cocoyl Glutamate, Charcoal Powder, Alcohol, Limonene, Geraniol, Citral, Citronellol, Chamomilla Recutita Flower Extract*, Melissa Officinalis Leaf Extract*, Calcium Sulfate, Magnesium Sulfate, Tocopherol, Hydrogenated palm Glycerides Citrate, Lecithin, Ascorbyl Palmitate.
*z rolnictwa ekologicznego **składniki naturalnych olejków eterycznych

Mieliście szampon z węglem?
Co sądzicie o tym z Alterry?
Czytaj dalej »

21 kwietnia 2019

GARNIER FRUCTIS - BANANA HAIR FOOD - Odżywcza maska do włosów bardzo suchych

Ta nowa seria masek do włosów z Garniera od razu zwróciła moją uwagę. Cała kampania reklamowa oraz szata graficzna opakowań sprawiają, że od razu da się zauważyć te produkty. Świeże i smakowicie kolorowe wzory wyróżniają się na półce sklepowej i zachęcają do zakupu. Z dostępnych czterech wersji: Papaja, Macadamia, Goji oraz Banan - ja skusiłam się na tą ostatnią. 


Maski z serii Hair Food zbierały sporo pozytywnych opinii na blogach i youtubie. Udałam się więc do drogerii i ją kupiłam. W cenie regularnej kosztuje ok. 25 zł. Mi udało się trafić na promocję w Hebe. Nie pamiętam już dokładnie ile zapłaciłam, ale było to ciut poniżej dwudziestu złotych. Po otwarciu opakowania od razu czuje się piękny bananowy zapach. Jest on bardzo przyjemny, nie sztuczny. Taki zachęcający do zjedzenia jej :)) Może dlatego producent zamieścił informacje: nie połykać i chronić przed dziećmi. Konsystencja jest w sam raz - nie za gęsta, nie za rzadka. Opakowanie pojemności 390 ml wystarcza na długo. Ja używam tą maskę już ponad miesiąc i nie widać dużego zużycia.


Maska przeznaczona jest do włosów bardzo suchych i ma zapewnić im odżywienie. Byłam bardzo zachęcona jej wypróbowaniem. Jednak już pierwsze użycie tej maski mnie rozczarowało. Ona na moich włosach nie robi nic z oczekiwanych rezultatów. Jedynie jej zapach utrzymuje się chwilę na włosach i są dość miękkie w dotyku. A poza tym włosy wyglądały tak jakbym tylko umyła je jakimś zwykłym szamponem i potem nie używała już nic więcej. Ale postanowiłam używać ją dalej - może z czasem będzie lepiej. 

Można stosować ją na 3 sposoby:
  1. Jako odżywkę - nanieść na mokre włosy od zaraz spłukać
  2. Jako maskę - nanieść na mokre włosy i pozostawić na 3 minuty
  3. Jako pielęgnację bez spłukiwania - nanieść niewielką ilość produktu na mokre lub suche włosy
Nie wiem po co producent to wyróżnił. Ja standardowo stosuję tak większość masek i odżywek, które mam - nawet jak to nie jest napisane na opakowaniu. Chyba każdy sam na to wpadł i tak robi. To nic odkrywczego, tylko taki chwyt marketingowy. Ale używałam tą maskę nadal. W trakcie jej dalszego testowania moje włosy wyglądały tylko gorzej. Traciły na objętości i stawały się bardzo oklapnięte. Nawet jak wcześniej użyłam jeden z moich ulubionych szamponów White Agafii, o których pisałam TUTAJ.


Dlatego obecnie używam ją tylko do emulgowania oleju na włosach, bo jakoś trzeba ją zużyć. Czasami zdarzało mi się niedomyć oleju z włosów po ich olejowaniu, więc stosuję taką metodę:
KROK 1: moczę naolejowane włosy - powinny być lekko wilgotne.
KROK 2: nakładam maskę Banana Hair Food na ok. 10 minut na włosy. Przez ten czas emulguje olej (czyli olej i maska stają się jednolitą emulsją, którą łatwo jest spłukać).
KROK 3: myję skórę głowy jednokrotnie szamponem.
KROK 4: a po jego spłukaniu i lekkim odsączeniu wody aplikuje jedną z ulubionych odżywek.

Metoda ta świetnie się u mnie sprawdza, a przy okazji zużyję maskę, która nie sprawdza się u mnie na włosach. Standardowo w tej metodzie używam tylko jedną maskę - tylko tą do emulgowania w kroku 2. Jak jest to dobra maska, to nie trzeba już używać żadnej dodatkowej odżywki na koniec. Ja jednak muszę, bo po samej masce Banana Hair Food moje włosy nieładnie by wyglądały. Standardowo nie muszę już wykonywać kroku numer 4.

SKŁAD INCI: Aqua (Water), Cetearyl Alcohol, Glycerin, Isopropyl Myristate, Stearamidopropyl Dimethylamine, Butyrospermum Parkii Butter/Shea Butter, Olea Europaea Oil/Olive Fruit Oil, Musa Paradisiaca Fruit Extract/Banana Fruit Juice, Glycine Soja Oil/Soybean Oil, Sodium Hydroxide, Helianthus Annuus Seed Oil/Sunflower Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract/Rosemary Leaf Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cocos Nucifera Oil/Coconut Oil, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Persea Gratissima Oil/Avocado Oil, Lactic Acid, Tartaric Acid, Cetyl Esters, Tocopherol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Salicylic Acid, Caramel, Linalool, Eugenol, Coumarin, Benzyl Alcohol, Parfum/Fragrance.

Mieliście którąś z masek Garnier z serii Hair Food?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

14 kwietnia 2019

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - część III: kosmetyki pielęgnacyjne

Dziś zapraszam na trzecią i zarazem ostatnią cześć o kosmetycznych ulubieńcach. Na koniec zostawiłam pielęgnację. Nie ma tych kosmetyków jakoś wiele, ponieważ cenię sobie minimalizm jeśli chodzi o pielęgnację. Bardzo dobrze się to u mnie sprawdza. Chciałabym przedstawić Wam kosmetyki, które pomogły mi uporać się z zimowymi problemami skóry, coś fajnego do pielęgnacji twarzy i włosów.



NEUTREA - SUMMER PEEL oraz HYDRATIN

Na początek kosmetyki, o których już pisałam. Jednak tak bardzo polubiłam ich działanie, że nie mogło zabraknąć ich w tym zestawieniu. SUMMER PEEL jest to krem do stosowania na noc, w skład którego wchodzą trzy kwasy: migdałowy, laktobionowy oraz azelainowy. Natomiast HYDRATIN to krem nawilżający. Razem stanowią świetny duet do pielęgnacji skóry. Na blogu pojawiła się już szczegółowa ich recenzja - nie będę się więc tutaj powtarzać. Odsyłam do jej przeczytania (klik).


BALSAMY OCHRONNE DO UST

Dzięki nim moje usta przetrwały zimę w bardzo dobrym stanie. Miałam wiele tego typu produktów, ale te trzy są moim zdaniem najlepsze. Są bezbarwne, mają fajne składy i nie są drogie. Zimą nie miałam problemu z suchymi, popękanymi czy spierzchniętymi ustami. Pomadkę z Alterry mam zawsze przy sobie w torebce. Natomiast te balsamy w słoiczkach używam grubszą warstwą na usta na noc. Ten z Evree jest multifunkcyjny - można go aplikować na wszystkie przesuszone miejsca na skórze.


  • ALTERRA pomadka z olejkiem z rumianku BIO (klik)
  • EVREE Instant Help Multifunkcyjny balsam Ratunek dla skóry (klik)
  • TISANE Classic balsam do ust (klik)

WHITE AGAFIA szampon pokrzywowy i brzozowy

Lubię używać produkty Babuszki Agafii, dlatego postanowiłam wypróbować jak się sprawdzi White Agafia. Okazało się, że bardzo dobrze.


Szampony te dobrze rozprowadzają się na włosach, ładnie się pienią, a co najważniejsze są skuteczne. Oczyszczają włosy nie plącząc ich przy tym. Polubiłam je używać, głównie dlatego, że są to jedne z lepszych szamponów jakie miałam. Moje włosy je uwielbiają. Są po nich takie miękkie, sypkie i błyszczące. A co ciekawe nawet jak umyję włosy tylko samym szamponem i nie użyję potem żadnej odżywki czy maski, to moje włosy również bardzo ładnie wyglądają i układają się. Do tego nie są drogie, bo kosztują ok. 12 zł. Jedynie nie widziałam ich nigdzie w sklepach w mojej okolicy, dlatego muszę zamawiać je przez internet.


BIELENDA PROFESSIONAL Micelles and Pearl - micelarny płyn do demakijażu

Przeznaczony jest do każdego rodzaju cery. Znajduje się w wygodnym w użyciu opakowaniu z pompką. Świetnie sobie radzi z demakijażem. Wystarczy chwile przytrzymać na powiece wacik nim nasączony, a cienie i tusz świetnie się rozpuszczają i zmywają bez potrzeby mocnego tarcia skóry. A do tego jest bardzo łagodny. Nie zdarzyło mi się, aby szczypały lub piekły mnie po nim oczy. Jest to najfajniejszy płyn micelarny jaki używałam w ostatnim czasie.


Mieliście któreś z tych kosmetyków?
Co o nich sądzicie?
Jacy są Wasi ulubieńcy z kategorii kosmetyków pielęgnacyjnych?
Czytaj dalej »

7 kwietnia 2019

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - część II: kosmetyki do makijażu

Dziś zapraszam na drugą część trylogii o ulubieńcach ostatnich miesięcy. Tym razem skupimy się na kosmetykach do makijażu. Nawet nie spodziewałam się, że na tyle fajnych perełek uda mi się natrafić. Część z nich zapewne znacie, bo kupiłam je z polecenia innych blogerek czy youtuberek. Ale może też o czymś nowym się tu dowiecie.


KOBO PROFESSIONAL paleta do makijażu SHINE ON

Opakowanie z zewnątrz prezentuje się bardzo pięknie. Lubię taką kolorystykę. Do tego jest kartonowe (czyli bardzo lekkie) i solidnie wykonane. W środku znajduje się lusterko. No i oczywiście 6 cieni do powiek i jeden rozświetlacz. Chociaż ja używam go też jako cień.


W paletce znajdują się kolory, w których świetnie czuję się w makijażu. Wszystkie są perłowe, ale ja i tak sięgam po nią często, bo z matów lubię tylko cielisty beż i brązy. Bardzo lubię, gdy ruchoma powieka pomalowana jest w świetliste kolory. A te z palety Shine on są śliczne. Również ten ceglasty i bordo bardzo polubiłam - jako taki akcent w makijażu.


Do tego jakość cieni jest dobra - świetnie się je aplikuje i buduje nimi odpowiednią pigmentację. W trakcie blendowania nie tracą na kolorze. A te odcienie są przepiękne. Rzadko zdarza się paleta, z której używałabym wszystkich kolorów. Sięgam po nią coraz częściej, bo to są takie typowo wiosenno-letnie kolory, w których najlepiej się czuję.

NABLA paleta cieni DREAMY

O tej palecie wspominałam już kilka razy. Ale co ja na to poradzę, że ją też cały czas bardzo lubię. W palecie znajduje się 12 cieni matowych i foliowych. Wszystkie są mocno napigmentowane. Bardzo lubię ich formułę, bo cienie są miękkie i masełkowate. Dzięki temu  świetnie się z nimi pracuje. Cienie idealnie się blendują, nie tracąc przy tym na intensywności.


Niektóre cienie dobijają mi już dna. Jak na przykład Illusion - jasny, ciepły brąz, który pasuje mi do każdego makijażu do podkreślenia załamania powieki. Uwielbiam też Vanitas - cień łączący brzoskwiniowe, różowe i złote tony, czy też Byzantyne - stare złoto w ciepłym odcieniu.  Używam z niej większości kolorów, ale nie wszystkie. Nie lubię Delirium - jest to ładny fiolet, ale denerwują mnie drobinki w nim zawarte, bo z czasem osypują się pod powiekami, a także Inception - bo źle czuję się w takim odcieniu fioletu. Dlatego z jednej strony chętnie kupiłabym następną, jak w tej większość cieni mi się już skończy. Jednak z drugiej strony wiem, że nie używam ich wszystkich.

COLLECTION korektor LASTING PERFECTION

Do tej pory moimi dwoma najulubieńszymi korektorami były: Maybelline Instant Anti-age Eraser oraz Revolution Conceal and define. Niedawno dołączył do nich  korektor COLLECTION Lasting Perfection. Jest on na rynku dostępny już od dawien dawna. Podejrzewam, że każdy o nim słyszał i zapewne wiele osób już go miało. Ja zaopatrzyłam się w niego dopiero niedawno. Jest to kolejny produkt, który kupiłam z polecenia Maxineczki, który się u mnie sprawdził.


Nie wiedziałam, na który odcień się zdecydować, więc wybrałam numer 1 i 2. Ich połączenie stanowi kolor dopasowany do mojej karnacji. Jest to kremowy i dosyć ciężki korektor. Dobrze radzi sobie z zakrywaniem pojedynczych przebarwień, z którymi nie dał rady podkład. Czasem używam go pod oczy, ale jest trochę za ciężki na tą okolicę. Polubiłam go używać jako bazę pod cienie. Zastąpił moją do tej pory najbardziej ulubioną z Artdeco. Lasting Perfection dobrze wyrównuje koloryt powieki, a cienie świetnie się go trzymają, ponieważ zanim zastygnie jest on tak fajnie lepki.

GOLDEN ROSE MATTE LIPSTICK CRAYON

Ja wiem, że o niej już wiele razy słyszeliście. To jest już kolejna kredka, w odcieniu numer 13, którą mam. Zużyłam ich wiele, bo dla mnie jest to najpiękniejszy kolor, który pasuje do większości makijaży, zarówno tych dziennych jak i wieczorowych.


Z innymi pomadkami mam tak, że lubię je tylko o określonej porze, na przykład tylko latem lub zimą. Ta jest uniwersalna - chętnie po nią sięgam przez cały rok. W dodatku jej trwałość jest powalająca. Nawet jak sporo jem w ciągu dnia, to jakaś jej część utrzymuje się na ustach przez długi czas. Ładnie się zjada - bo tak równomiernie. Chyba nie muszę tu o niej więcej pisać, ponieważ przypuszczam, że większość osób wypróbowała już te pomadki w kredce.
 

NABLA MAGIC PENCIL

Jest to wielofunkcyjna wodoodporna kredka. Występuje w kilku kolorach. Ja mam ją w odcieniu Light Nude. Może być wykorzystywana do podkreślenia linii wodnej oka, rozświetlenia łuku brwiowego oraz kącika oka, zaznaczenia konturu ust, a także pełnić rolę eyelinera.


Ja już od dawna szukałam dobrej kredki do rozświetlania wodnej linii oka. Bardzo trudno było mi znaleźć taką, która będzie odpowiednio miękka, a zarazem trwała. Mój problem z liniami wodnymi oczu jest taki, że są one bardzo trudne do pomalowania. Kredki, które do tej pory używałam nie chciały się ich czepić, albo znikały po kilku mrugnięciach okiem.


Straciłam już nadzieję, że uda mi się znaleźć trwałą kredkę. A wtedy zaczęły się pojawiać recenzje Magic Pencil. Postanowiłam jeszcze raz spróbować i okazało się, że natrafiłam na świetną perełkę. Tak kredka ma piękny kolor (który wygląda naturalnie na linii wodnej), dobrze się nią maluje, a do tego jest bardzo trwała.

GOLDEN ROSE TOTAL COVER 2 in 1 Foundation and Concealer

Zacznę może od tego, że ja bardzo lubię ciężkie i mocno kryjące podkłady. Nawet do aplikowania ich na co dzień w dziennych makijażach. Do tej pory moim wielkim ulubieńcem jest Estee Lauder Double Wear, który niektórzy używają tylko na większe wyjścia. Ja uwielbiam go na co dzień. Jednak jest do drogi podkład, który szybko mi się kończył, dlatego chciałam znaleźć jakiś tańszy jego odpowiednik. I znalazłam. Jest to podkład Total Cover marki Golden Rose.


Pod względem efektów jakie uzyskuję na skórze oba te podkłady są do siebie mocno zbliżone. Z tym, że Estee Lauder kosztuje ok 145-180 zł, a Golden Rose 39,90 zł. Bardzo polubiłam ten podkład. Jest on dość gęsty, dlatego aplikuję go w ten sposób, że najpierw rozkładam punktowo na skórze, a następnie wklepuję przy użyciu gąbeczki. Ta metoda aplikacji pozwala mi uzyskać bardzo ładne i naturalnie wyglądające krycie, bez efektu maski. Jest też wydajny - bo jedna pompka wystarcza na całą twarz i szyję.


Mam go w odcieniu 02 Ivory, który w trakcie aplikacji jest idealnym odcieniem mojej cery. Niestety w ciągu dnia troszkę ciemnieje, dlatego muszę go rozjaśniać. Zamawiałam go online, nie sprawdzając wcześniej odcienia. Przypuszczam, że na teraz lepszy byłby dla mnie kolor 01, bo 02 będzie idealny jak się nieco opalę.

A jacy są Wasi ulubieńcy spośród kosmetyków do makijażu?
Czytaj dalej »

31 marca 2019

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - częśc I: akcesoria do makijażu i demakijażu

Ostatnio na blogu sporo było postów o kosmetykach, które się u mnie nie sprawdziły. Nadeszła więc pora opowiedzieć trochę o produktach, które bardzo polubiłam używać. Produktach, po które sięgałam najczęściej w ciągu ostatnich miesięcy. Okazuje się, że zebrało mi się ich całkiem sporo, dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie stworzyć trzy posty na ten temat. Dziś będzie o akcesoriach do makijażu i demakijażu.


 
GĄBECZKI DO PODKŁADU I KOREKTORA

Jeszcze początkiem zeszłego roku nie wyobrażałam sobie, aby nie używać pędzli do podkładu. W ten sposób najlepiej mi się go aplikowało. Obecnie tak się u mnie pozmieniało, że nie używam już pędzli. Odstawiłam je na rzecz gąbeczek, ponieważ dzięki nim uzyskuje ładniejsze efekty. Podkład prezentuje się bardziej świeżo i mogę zaaplikować go bardzo cieniutką warstwą.


Moje najulubieńsze gąbeczki są z BLEND IT. Jednak tylko te marmurkowe. Nie polecam jednokolorowych, ponieważ one szybko się niszczą. Kupuję zawsze dużą i malutką gąbeczkę. Ta większa służy do aplikacji podkładu na skórę twarzy, a ta malutka jest idealna do korektora pod oczy. Niedawno przeprosiłam się też z Beauty Blenderem w wersji różowej. Używałam ich na początku mojej przygody z gąbeczkami. Potem odstawiłam na rzecz BLEND IT. Jednak ostatnio powróciłam do Beauty Blendera i używam wszystkich tych gąbeczek ze zdjęcia na zmianę. Ze względów higienicznych gąbeczki wymieniam co 3-4 miesiące.


PĘDZEL DO BLENDOWANIA

Jeśli miałabym wskazać najmiększy pędzel jaki mam od razu powiedziałabym, że jest to M Brush numer 06. Kupiłam go już parę miesięcy temu. Był to dość drobi zakup, ponieważ pędzel kosztuje 69,90 zł. Jednak jest warty każdej wydanej na niego złotówki. Tak miękkiego i świetnie aplikującego cienie pędzla jeszcze nie miałam. Chętnie zaopatrzę się w jeszcze kilka pędzli Maxineczki.


Włosie ma bardzo miękkie. Jest dobrze wyprofilowany. Jego kształt to takie lekko spłaszczone jajeczko, dlatego świetnie blenduje się nim cienie. Polubiłam go bardziej niż moje dotąd ulubione pędzle marki Zoeva. Myłam go już wiele razy i włosie cały czas jest takie samo. Jedynie zmył się z niego całkowicie numer, a także częściowo logo marki.

Pędzel ten wykonany jest z włosia kozy. Skuwka pozłacana 24K złotem.
Długość włosia: 16 mm
Długość pędzla: 151 mm


GĄBKA KONJAC

Gąbka Konjac w kosmetyce i medycynie japońskiej istnieje od przeszło 1500 lat. To produkt w 100% naturalny i biodegradowalny, jest wolna od szkodliwych, drażniących i mogących podrażnić skórę substancji. Gąbki te używałam już jakiś czas temu. Potem przestałam - w sumie nie wiem dlaczego. Od stycznia znów do nich powróciłam. Do tej pory miałam takie zwykłe białe. Teraz kupiłam wersję z bambusowym węglem drzewnym przeznaczoną do cery tłustej i problematycznej. Węgiel taki ma naturalne właściwości antybakteryjne i przeciwgrzybicze. Gąbka skutecznie usuwa zrogowaciały naskórek. Powodując, że skóra staje się gładka.



Na zdjęciu nie wygląda może zbyt ładnie. Tutaj jest akurat wyschnięta. W kontakcie z wodą intensywnie pęcznieje, staje się delikatna i miękka. Zapewnia subtelne i łagodne dla skóry oczyszczenie bez podrażnień. A dodatkowo pozwala na minimalne użycie kosmetyków myjących, zmniejszenie ilości produktów oczyszczających, czyli znaczne uproszczenie pielęgnacji. Jedyną jej wadą jest to, że gąbka schnie powoli. Choć można ją dezynfekować i prać w wysokich temperaturach, często ulega uszkodzeniom i pomimo zachowania wzmożonych środków ostrożności: pleśnieje w środku.  Dodatki do gąbki szybko się wypłukują i tracą swoją wartość aktywną, dlatego wymieniam ją co najmniej co 3 miesiące.

Mieliście któryś z tych akcesoriów?
Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »

24 marca 2019

LIRENE MINERAL COLLECTION Minerały z Morza Martwego ultra-wygładzający krem do rąk

Z linii MINERAL COLLECTION marki Lirene miałam już kilka kosmetyków:


Obecnie z tej serii mam ultra-wygładzający krem do rąk. Znajduje się on tubce z zamknięciem na klik. Lubię tego typu opakowania, bo są wygodne w używaniu. Wcześniej miałam krem z YOPE zakręcany malutką nakręteczką, która często mi wypadała z rąk. Kolejnym plusem kremu z Lirene jest to, że szybko się wchłania. Gdy używam go w pracy jest to komfortowe, bo nie pobrudzę nim dokumentów. Dlatego lubię go mieć przy sobie w torebce. 


Krem ma przyjemny zapach. Jest on taki  świeży i rześki. Łatwo się rozprowadza po skórze. Wystarczy użyć niewielką jego ilość. Nawilża w takim średnim stopniu. Sprawdzi się u osób, które nie mają większych problemów z suchością skóry. Chociaż producent obiecuje głębokie nawilżenie dzięki zastosowaniu oleju Babassu i wyciągu z pomarańczy, to składniki te znajdują się pod koniec składu. Dlatego do regeneracji skóry dłoni na wieczór używam inny krem. Ten sprawdza się u mnie do stosowania w ciągu dnia. Krem ma pojemność 75 ml, kosztuje 9,99 zł.


SKŁAD INCI: Aqua (Water), Isopropyl Isostearate, Betaine, Ceteareth-20, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Glyceryl Stearate SE, Orbignya Oleifera (Babassu) Seed Oil, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Alcohol Denat., Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Parfum (Fragrance), Allantoin, Disodium EDTA, Maris Sal, Ethylhexylglycerin, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, BHA, Phenoxyethanol, Methylparaben.
 
Mieliście ten krem do rąk?
Co o nim sądzicie?
Czytaj dalej »

17 marca 2019

ORIFLAME - Now Age Skin Renewing Peel, czyli odnawiający peeling z kwasami

Pozostając w temacie kosmetyków z kwasami chciałabym polecić Wam jeszcze jeden produkt. Nie spodziewałam się znaleźć coś tak fajnego w ofercie Oriflame. Nie jest to moja ulubiona marka, więc bardzo rzadko sięgam po ich kosmetyki. Tym razem jednak trafiła mi się prawdziwa perełka dla osób lubiących kosmetyki z kwasami, a zarazem obawiających się sięgnąć po mocniejsze produkty (na przykład te marki NEUTREA, które opisywałam w ostatnim poście). Peeling marki Oriflame jest skuteczny, a zarazem delikatniejszy. Nie pozostawia się go na skórze na całą noc, tylko stosuje jak maseczkę maksymalnie przez 20 minut.


Skin Renewing Peel ma za zadanie delikatnie złuszczać martwy naskórek, aby wygładzić powierzchnię skóry, co ma na celu poprawę jej wyglądu. W składzie znajduje się kwas glikolowy oraz salicylowy, a także enzymy granatu. Składniki te mają właściwości złuszczające skórę. 

kwas glikolowy - w stężeniu do 15% jest najbezpieczniejszy. Działa na skórę nawilżająco i złuszczająco. Pobudza syntezę fibroblastów, regeneruje i zwiększa nawilżenie skóry, obkurcza pory skórne i reguluje wydzielanie sebum, poleca się więc zabiegi z jego użyciem osobom z cerą tłustą, trądzikową.

kwas salicylowy - ma właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne i przeciwzapalne. Stężenie na poziomie 10-20 % sprawia, że preparat zaczyna mieć właściwości keratolityczne, to znaczy, że jest peelingiem chemicznym. Jako dobrze rozpuszczalny w tłuszczach, przenika przez warstwę sebum na skórze i wnika w głąb mieszków włosowych. Tam rozpoczyna swoją działalność bakteriobójczą i łagodzącą, usuwając nadmiar tłuszczu i zanieczyszczeń. Z tego powodu jest on polecany dla osób ze skórą trądzikową oraz dla każdego, kto chce pozbyć się zaskórników.

enzymy granatu - stosuje się w produktach przeciwzmarszczkowych, gdyż spłycają już istniejące zmarszczki oraz zwiększają sprężystość skóry, wspomagając produkcję kolagenu. Są częstym składnikiem preparatów w pielęgnacji skóry trądzikowej, gdyż wspomagają gojenie się stanów zapalnych. Polecane do cery dojrzałej, suchej i podrażnionej poprawiając jej ukrwienie i koloryt.

Wysoko w składzie znajduje się glinka biała (kaolin), która ma właściwości oczyszczające, matujące, odkażające i wygładzające. Działanie kwasów złagodzone jest nawilżaczami (gliceryną, alkoholem cetylowym, masłem shea, allantoiną). 

SKŁAD INCI: AQUA, KAOLIN, GLYCERIN, CETYL ALCOHOL, BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, DI-C12-13 ALKYL MALATE, MAGNESIUM ALUMINUM SILICATE, PPG-5-LAURETH-5, STEARETH-21, GLYCOLIC ACID, SALICYLIC ACID, XANTHAN GUM, PENTAERYTHRITYL DISTEARATE, SODIUM HYDROXIDE, STEARETH-2, PARFUM, IMIDAZOLIDINYL UREA, ALLANTOIN, DISODIUM EDTA, LACTOBACILLUS/PUNICA GRANATUM FRUIT FERMENT EXTRACT, CITRIC ACID, HEXYL CINNAMAL, BENZYL SALICYLATE, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, LINALOOL, CITRONELLOL, POPULUS TREMULOIDES BARK EXTRACT, CI 77891.


Dla kogo?
Produkt ten ze względu na użyte składniki zalecany jest dla skóry trądzikowej, tłustej i mieszanej. 

Jak często?
Producent zaleca stosować 2 razy w tygodniu, jednak nie w dni następujące po sobie. Ja jednak stosuję rzadziej, ze względu na to, że używam jeszcze inne kosmetyki z kwasami.

Jak używać?
Skin Renweing Peel ma postać kremowej maski i podobnie się go używa. Aplikuje się na oczyszczoną i osuszoną skórę, omijając okolice oczu. W celu uzyskania lepszych rezultatów można delikatnie masować skórę przez 1 minutę. Kosmetyk ten pozostawiamy na skórze maksymalnie 20 minut. Potem należy spłukać i osuszyć skórę. Łatwo się zmywa, nie zastyga na twarzy. Na koniec zostaje już tylko użyć stosowany przez nas kremem. 

Ostrzeżenia:
Nie należy używać tego produktu na podrażnionej lub uszkodzonej skórze. Zawarte w nim kwasy mogą zwiększać wrażliwość skóry na promienie UV, dlatego stosuje się go tylko na noc, a w dzień używa kremy z filtrami. Gdy pierwszy raz używałam ten preparat, to trzymałam go na skórze tylko przez 5 minut. Chciałam zaobserwować jej rekcję. W przypadku wystąpienia podrażnienia należy przerwać stosowanie. U mnie to nie nastąpiło, dlatego z każdym użyciem stopniowo wydłużałam czas trzymania produktu na skórze do 10, 15 i w ostateczności 20 minut. Jeżeli nigdy nie używało się kwasów lub stosowało się je dawno, to najlepiej jest powoli przyzwyczaić do nich skórę. 


Efekty:
Produkty z kwasami mogą powodować uczucie mrowienia czy szczypania. Ja też na początku tego doświadczyłam. Z czasem skóra przyzwyczaiła się i już tego nie odczuwam. Jedynie na policzkach skóra jest nieco zaczerwieniona, ale po posmarowaniu kremem nawilżającym zaczerwienienie mija. Za to efekty, które uzyskuję bardzo mnie zadowalają. Skóra jest gładsza i rozjaśniona. Dzięki delikatnemu złuszczaniu jest odnowiona i zregenerowana, podkłady wyglądają na niej ładniej, a także nie mam problemu z suchymi skórkami. Produkt ten może zaciekawić osoby, które z różnych względów nie mogą używać peelingów mechanicznych. Skin Renewing Peel ma 100 ml pojemności i kosztuje 39,90 zł.

Stosowaliście Skin Renewing Peel?
Co o nim sądzicie?
Czy zainteresowałam Was produktami z kwasami w składzie?
Czytaj dalej »