16 maja 2017

Kity, hity i inspiracje ostatnich miesięcy

Pisząc, że z ostatnich miesięcy, mam na myśli konkretnie marzec i kwiecień. Przez ten czas nie trafił mi się żaden kosmetyk, o którym mogłabym powiedzieć, że się u mnie nie sprawdził. Mam za to sporo ulubieńców. A na dodatek tak się złożyło, że są to głównie produkty do pielęgnacji włosów. Zresztą jak mogłoby być inaczej - kupiłam je po przeczytaniu wielu pozytywnych opinii na ich temat. U mnie również świetnie się sprawdziły. A teraz przechodzę już do rzeczy.


Na początek maski do włosów. Te co mam są gęste i nie trzeba nakładać ich dużo. W związku z czym są bardzo wydajne. Używam je już ponad dwa miesiące i jeszcze na długo wystarczą. Po ich stosowaniu kondycja moich włosów znacznie się poprawiła. Poza nimi stosuję też inne produkty, więc całej chwały nie mogę tylko im przypisać, ale chciałabym o nich wspomnieć w ulubieńcach.



PLANETA ORGANICA Marokańska maska do włosów - 300 ml


Maska ta spełnia wszystkie moje oczekiwania. Na różnych blogach pojawiło się wiele recenzji na jej temat, dlatego nie będę się tu o niej dużo rozpisywać. Moje włosy mają tendencję do puszenia się i wyglądania jak sianowate. A po użyciu tej maski są odpowiednio dociążone, a zarazem bardzo miękkie. Ten efekt daje się uzyskać już nawet po trzymaniu jej na włosach zaledwie przez 5 minut. A do tego ma przyjemny zapach i znajduje się w wygodnym w użyciu zakręcanym opakowaniu.


NATURA SIBERICA Maska rokitnikowa dla poważnie zniszczonych włosów głęboka regeneracja - 300 ml


Stosuję ją na zmianę z tą z Planeta Organica. Też się u mnie dobrze sprawdza. Kupiłam ją, bo mam włosy farbowane i chciałam je dobrze regenerować. A ta maska pomaga mi w tym. Producent pisze, że ma również chronić włosy przed termo-oddziaływaniem przy stylizacji. Nie obciąża i nie przetłuszcza włosów. Pozostawia włosy miękkie i puszyste, bez przesuszonych końców.


BANIA AGAFII Biała glinka myjąca do włosów i do ciała - 100 ml


Zaczęłam jakoś tak dziwnie wymieniać kosmetyki od masek, a przecież mam jeszcze produkt do mycia włosów do zaprezentowania. Ta glinka myjąca Banii Agafii przeznaczona jest również do mycia ciała, jednak ja postanowiłam wypróbować ją na tylko na włosach. Nie jest łatwo ją używać, ponieważ jest bardzo gęsta. Zanim ją nałożę na włosy, to muszę ją nieco zmieszać z wodą. Jednak to nie koniec problemów z nią. Nie pieni się i trudno się ją rozprowadza, a po spłukaniu pozostawia włosy bardzo szorstkie i sztywne. To czemu więc trafiła do ulubieńców? Za jej działanie - wspaniale oczyszcza i ogranicza przetłuszczanie. Włosy po umyciu tą glinką są dłużej świeże. Nie używam jej przy każdym myciu głowy, tylko co kilka. A na tą tępość, którą nadaje włosom jest łatwy sposób - wystarczy nałożyć odżywkę. Po jej spłukaniu włosy są z powrotem miękkie. Uważam, że warto ją wypróbować, ponieważ glinka ta jest bardzo uniwersalna. Znalazłam informacje, że niektórzy używają ją też do mycia twarzy czy higieny intymnej. A do tego jest tania - kosztuje ok. 7-9 zł.

Pozostałe kosmetyki, które stały się moimi ulubieńcami, to produkty do makijażu i pielęgnacji twarzy.

SYLVECO Tymiankowy żel do twarzy - 150 ml


Lubię produkty tej marki za bardzo przemyślane składy. Ten zawiera m. in. olejek tymiankowy (który ma właściwości antyseptyczne, łagodzące i kojące), a także kwas jabłkowy (który hamuje procesy tworzenia się zaskórników, zmniejsza nadmierne rogowacenie naskórka). Bardzo dobrze oczyszcza skórę, nie powodując jej przesuszenia ani uczucia "ściągnięcia" skóry. Dzięki temu moja skóra nie buntuje się i nie produkuje zwiększonej ilości sebum. Jego delikatność sprawia, że mniej się przetłuszcza w ciągu dnia. Znajduje się w małym opakowaniu, jednak jest bardzo wydajny.

HOLIKA HOLIKA Face2Change DODO CAT Glow Cushion BB


Od kiedy tylko dowiedziałam się, że wymyślono coś takiego jak cushion, bardzo chciałam go wypróbować. Jest to bardzo fajne rozwiązanie, które łączy w sobie praktyczność kompaktu z efektem jaki daje krem BB. Nie będę się tutaj o nim rozpisywać, ponieważ na blogu pojawiła się już jego recenzja. Chciałam tylko dodać, że spodziewałam się, że produkt ten będzie mało wydajny. Faktycznie w pewnym momencie gąbeczka po naciśnięciu nie wydobywała już produktu. Okazało się, że zużyłam go ze środka opakowania, bo tak było najwygodniej go używać. Teraz pozostało mi już tylko zbierać krem BB po brzegach.

LILY LOLO Naturalny tusz do rzęs


Rzadko się zdarza, aby tusz już od pierwszego użycia miał odpowiednią konsystencję - nie był za rzadki, albo za gęsty. Z tym tuszem tak było. Dobrze mi się go używało. Chociaż jego przydatność wynosi 6 miesięcy, niestety zdatny do użytku jest tylko przez około trzy. Po tym czasie zastyga i już nie da się go aplikować na rzęsy. Jednak trafił do ulubieńców, ponieważ oprócz ładnego efektu, który zapewniał na rzęsach, po dłuższym używaniu okazało się też, że świetnie je pielęgnuje. Dzięki składnikom w nim zawartym stały się one grubsze i dłuższe. Tego tuszu też pisałam już recenzję - odsyłam do niej, bo tam więcej o nim napisałam, a także zamieściłam zdjęcie jak prezentuje się na rzęsach.

Jeśli chodzi o inspiracje, to w tym miesiącu zapewniła mi je mama. Obie lubimy czytać artykuły o tematyce historycznej, dlatego pożyczyłam od niej kilka czasopism. No dobrze - dość sporo czasopism. Natknęłam się tam na kilka ciekawych artykułów.


"Dzień z życia w okopach"
Obezwładniający strach, dotkliwy chłód, błoto, czający się wokół wrogowie oraz regularny ostrzał artyleryjski. Ponura rzeczywistość wojny pozycyjnej rozminęła się z romantycznymi XIX-wiecznymi wizjami bohaterskich czynów. Żołnierze tkwiący w okopach I wojny światowej powtarzali, że tak wygląda piekło. W tym artykule ukazano jeden z ich dni na froncie zachodnim. Opatrzony jest on wieloma zdjęciami, a także relacjami osób, które przebywały w takich okopach.


Magazyn "21 Wiek Extra" numer 4/JESIEŃ/2016, a w nim fakty i ciekawostki na temat architektury z całego świata. Nie jestem wielką fanką tego tematu, jednak bardzo przyjemnie czytało mi się zamieszczone tu artykuły. Tak się składa, że architektura otacza nas wszędzie - domy, zabytki, sklepy, miasta czy wioski. Czasem warto dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Magazyn podzielony jest na części, w których następuje przegląd kierunków i trendów w architekturze na przestrzeni wieków - od momentu jak ludzie wyszli z jaskini, poprzez średniowiecze, aż do teraz. Są tutaj również przedstawione sylwetki współczesnych najbardziej znanych architektów oraz ich prace. Magazyn kończy się artykułem ukazującym jaka będzie architektura przyszłości.


W miesięczniku "Uważam Rze Historia" znalazłam artykuł zatytułowany "Sekrety Białego Domu" (NR 1 STYCZEŃ 2017). Jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków na świecie. W artykule tym przestawiono jak to się stało, że został wybudowany akurat w tym miejscu, jak wyglądała jego przebudowa, skąd się wzięła nazwa, o zwyczajach prezydentów w nim mieszkających, itp.
 
A Wy lubicie czasem poczytać takie czasopisma?
Czytaj dalej »

28 kwietnia 2017

Moja wieczorna pielęgnacja twarzy

W styczniu opisałam jak wygląda moja poranna pielęgnacja twarzy. Chciałabym teraz wspomnieć troszkę o moich wieczornych rytuałach pielęgnacyjnych. Cały czas stawiam na minimalizm, a kosmetyki staram się dobierać tak, by zapewnić mojej skórze odpowiedni poziom nawilżenia. Wieczorem mam jednak więcej czasu niż rano, dlatego mogę się skupić na pielęgnacji bardziej dopasowanej do aktualnych potrzeb mojej skóry.



Moja wieczorna pielęgnacja twarzy składa się z dwóch etapów. Pierwszy to zmycie makijażu zaraz po powrocie z pracy do domu. Pozostawiam go na dłużej, tylko gdy wiem, że jeszcze gdzieś muszę wyjść. Jednak najczęściej wygląda to tak, że przebieram się w wygodny, domowy strój i udaję się w stronę łazienki zmyć makijaż. Należę do osób, które nie lubią w nim długo chodzić. Nigdy też nie zdarzyło mi się iść spać w makijażu. Nawet, gdy wróciłam późno i byłam bardzo zmęczona. Ten mój etap demakijażu nie zajmuje dużo czasu i wygląda następująco:


KROK 1: mycie / oczyszczanie

Najpierw nasączam dwa waciki płynem micelarnym, przykładam je do oczu i tak trzymam przez chwilę, aby rozpuścić makijaż. Dzięki temu tusz da się zmyć szybko i bez mocnego pocierania skóry. Potem przecieram wacikami też resztę twarzy. Płyn micelarny, który obecnie używam to Farmona Professional PURE ICON. Jest on skuteczny, nie szczypie w oczy, a do tego jest bardzo wydajny. Opakowanie pojemności 500 ml nie było drogie, bo kosztowało ok. 25 zł.


Następnie przychodzi kolej na żel do mycia twarzy. W styczniu pokazywałam Wam ten z Under Twenty, ale skończył mi się już jakiś czas temu. Teraz używam Tymiankowy żel do twarzy firmy Sylveco. Wiele osób go polecało, przez pewien czas nawet było mi go ciężko dostać. A teraz już prawie mi się kończy i wiem, że dołączam się do osób, które go chwalą. Jest delikatny, ale dobrze oczyszcza skórę. Świetnie spełnia swoje zadanie. Główne składniki aktywne w nim zawarte to olejek tymiankowy oraz kwas jabłkowy.



KROK 2: tonik

Tonizowanie skóry, to ważny krok. Trzeba bowiem przywrócić naturalne pH skórze. Skończył mi się tonik marki SKIN79 i obecnie nie mam żadnego innego, który by się nadawał do tego kroku w mojej pielęgnacji, dlatego sięgam po płyn micelarny. On też może zastąpić tonik, gdy go nie mamy.

KROK 3: serum / olej

Rano nie zawsze mam czas i chęć, aby używać serum. Wieczorem jednak jest to dla mnie punkt obowiązkowy. Obecnie używam jednak olej jojoba. Moja skóra bardzo go lubi. Pewnie dlatego, że jest zbliżony budową do naturalnych wosków obecnych w skórze. Szybko się wchłania i pozostawia aksamitne i nietłuste wykończenie. Chroni skórę przed nadmierną utratą wody. Działa regulująco na skórę tłustą i może zmniejszać jej przetłuszczanie.



To już koniec mojego wstępnego etapu wieczornej pielęgnacji. Ma on miejsce w godzinach między 16 a 17. Po aplikacji oleju na skórę pozostawiam go do wchłonięcia i nic więcej przez pewien czas nie stosuję. Dopiero wieczorem następuje dalszy etap, kroki są bardzo podobne:

KROK 1: mycie / oczyszczanie

Zanim nałożę krem na twarz chcę mieć czystą skórę. W powietrzu pełno jest różnych kurzy, pyłków i zanieczyszczeń. Nie mogłabym tak po prostu uznać, że skóra jest już czysta i wieczorem posmarować się tylko kremem do twarzy. Do mycia dalej używam wspomniany wyżej tymiankowy żel z Sylveco.


KROK 2: tonik

Wieczorem używam Tonik żelowy z kwasem migdałowym marki Norel. Zawiera on niewielkie stężenie kwasu, więc nie wymaga zastosowania neutralizatora, ale swoje zadanie robi. Bardzo delikatnie złuszcza skórę, dzięki czemu nie robią mi się suche skórki. Dodatkowo też ładnie rozjaśnia skórę i nadaje jej bardzo świeży wygląd. Nie stosuję go jednak codziennie, tylko tak co 2-3 dni. W pozostałe dni jako tonik używam płyn micelarny z Farmony.


KROK 3: nawilżanie

Nie aplikuję już kolejny raz serum ani oleju. Miały one wcześniej swój czas, aby się wchłonąć. Przed spaniem aplikuję już tylko sam krem nawilżający. Obecnie jest to Hayluron 3D Elixir z Clareny. Bardzo lubię ten krem. Jest to już moje kolejne opakowanie, które używam. Więcej na jego temat pisałam TUTAJ.


Na usta natomiast aplikuję balsam marki Tisane. Teraz mam wersję w słoiczku, ale bardziej wolę tą w sztyfcie. 


Tak własnie wygląda moja wieczorna pielęgnacja twarzy. Sporo z tych kosmetyków już w przeciągu najbliższego tygodnia mi się skończy. Co jakiś czas powracam do używanych przeze mnie kiedyś produktów (jak na przykład ten krem z Clareny), jednak teraz czeka na mnie sporo nowości do testowania. Będę je stopniowo wprowadzać, bo nie powinno się zmieniać za dużo kosmetyków na raz.

A Wy jakie kosmetyki stosujecie w wieczornej pielęgnacji skóry twarzy?
Czytaj dalej »

25 kwietnia 2017

BingoSpa sole do kąpieli: z mikroelementami i aloesem oraz mleczna kąpiel SPA

Lubię używać różne sole do kąpieli, ponieważ stanowią one przyjemne urozmaicenie. Miałam już tego typu produkty marki BingoSpa, dobrze działały, więc pora wypróbować następne. Dlatego cieszę się, że mam wannę. Po męczącym dniu miło jest się odprężyć w kąpieli. Tak się składa, że sole te mogą używać też osoby posiadające prysznic, ponieważ istnieje również druga opcja ich aplikacji. O co chodzi - już wyjaśniam.


Posiadane przeze mnie sole do kąpieli można stosować na dwa sposoby:
  • do kąpieli SPA - do wody o temp. ok. 40°C wsypać nakrętkę soli. Kąpiel powinna trwać do 15 minut, podczas której należy masować skórę gąbką lub polewać wodą. Po kąpieli ciało dokładnie spłukać. Najlepszy efekt uzyskuje się stosując sól codziennie przez 7 dni, a następnie raz w tygodniu.
  • do okładów SPA - w nakrętce wymieszać sól z niewielką ilością wody. Otrzymaną papką okładać i delikatnie masować wybrane miejsca ciała. Po 2 minutach dokładnie spłukać. Ten sposób można stosować również pod prysznicem.


Obecnie mam dwie sole do kąpieli marki BingoSpa. Obie znajdują się w identycznych przezroczystych opakowaniach, których nakrętki służą jako miarki. Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, ponieważ przeważnie mam problem jaką ilość soli użyć. Z opisywanych powyżej sposobów ich stosowania ja preferuję ten pierwszy, czyli do kąpieli. Za takimi okładami jakoś nie przepadam. Opakowania mieszczą po 550 g produktu, co wystarcza tak na ok. 9 kąpieli. 


Sól o nazwie Mleczna kąpiel SPA zawiera minerały z Morza Martwego, cynk oraz ekstrakty z krwawnika, szałwii, rumianku, nagietka i kasztanowca. Wyglądem przypomina troszkę drobniutki piasek lub mleko w proszku. To dlatego, że drobinki są bardzo malutkie. Łatwo i szybko się rozpuszcza. Nadaje wodzie lekko mleczne zabarwienie. Przyjemnie pachnie. Wyczuwam tu lekkie mleczne nuty zapachowe, ale jest to zapach bardzo świeży. Nie wysusza skóry, ani jej nie podrażnia. Kosztuje 9,90 zł.
Skład: SODIUM CHLORIDE, SODIUM BICARBONATE, FERTILIZER UREA, TITANIUM (IV) OXIDE, ZINC OXIDE, SODIUM LAURYL SULFATE, MARIS SAL, ACHILLEA MILLEFOLIUM EXTRACT (ekstrakt z krwawnika pospolitego), AESCULUS HIPPOCASTANUM EXTRACT (ekstrakt z kasztanowca zwyczajnego), CALENDULA EXTRACT (ekstrakt z nagietka lekarskiego), MATRICARIA EXTRACT (ekstrakt z rumianku pospolitego), SALVIA OFFICINALIS EXTRACT (ekstrakt z szałwii lekarskiej), AQUA, ALCOHO, PARFUM, HEXYL CINNAMAL.



Mam również i drugą sól do kąpieli - ta jest z mikroelementami i aloesem. Producent w jej opisie wspomniał, że wytwarzana jest z naturalnej soli kamiennej i nasycona ekstraktem z aloesu. Jej drobinki są duże i mają kolor zielony. Szybko i bez problemu się rozpuszczają. Lekko barwią wodę na zielono. Ta sól również ma ładny i przyjemny zapach. Nie spodziewałam się tego, ale pachnie tak leśnie. Kojarzy mi się ten zapach tak nieco z odświeżaczami powietrza. Po kilku kąpielach z jej zastosowaniem zauważyłam, że nieco poprawiła ujędrnienie skóry. Kosztuje 7 zł.
Skład: SODIUM CHLORIDE, CALCIUM, MAGNESIUM, SULPHUR OXIDE, CALCIUM SULPHATE, LINUM USITATISSIMUM EXTRACT  (ekstrakt z lnu zwyczajnego), ALOE VERA EXTRACT (ekstrakt z aloesu), CHAMOMILLA RECUTITA EXTRACT (ekstrakt z rumianku pospolitego), OLEA EUROPAEA OIL (oliwa z oliwek), PROPYLENE GLYCOL, PARFUM, LIMONENE, CI 18965, CI 74180.


Lubicie używać sole do kąpieli?
Czytaj dalej »

15 kwietnia 2017

WESOŁYCH ŚWIĄT !!!

Wielkanocny zając przez pola pomyka
wiosny jest symbolem - krajobraz rozkwita. 


Wpadł już do ogródka i choć tchu brakuje
Świąteczne życzenia szybko recytuje:
Alleluja wesołego, pysznego święconego,
Dyngusa mokrego i spokoju wszelkiego!

Czytaj dalej »

7 kwietnia 2017

Holika Holika Face2Change DODO CAT Glow Cushion BB, czyli lekki krem BB na gąbeczce

Jeśli śledzicie Koreański rynek kosmetyczny, to pojawia się tam sporo innowacji. Jedną z takich jest CUSHION. W skrócie ujmując jest to kosmetyk w formie poduszeczki. Tego typu opakowania mają tam między innymi pomadki, róże, a zwłaszcza podkłady. Coraz więcej tego typu kosmetyków można spotkać również u nas na rynku. Mnie oczywiście zainteresował podkład, a konkretnie Face2Change DODO CAT Glow Cushion BB marki Holika Holika.


Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jest to podkład w kompakcie. Jednak cushion to coś innego. Łączy on świeżość i lekkość fluidu, praktyczność kompaktu oraz efekt kremu BB w jednym. Bardzo chciałam wypróbować takie rozwiązanie, ponieważ wcześniej miałam już azjatyckie kremy BB - byłam z nich zadowolona, zapragnęłam więc przekonać się o tym jaki jest cushion.


Pierwsze co rzuca się w oczy to opakowanie. Jest po prostu prześliczne. Jako miłośniczka kotów nie mogłam się mu oprzeć. Ale ono nie tylko ładnie wygląda - jest też bardzo praktyczne. W środku znajduje się lusterko, miękki aplikator w formie gąbeczki oraz poduszeczka nasączona kremem BB. Można w tej poduszeczce zanurzyć palce, jednak ja tego nie preferuję. Wole korzystać z dołączonej gąbeczki. Fajnym akcentem jest też ten biały ślad kociej łapki na poduszeczce. Jest to rozświetlacz, który aplikujemy razem z kremem BB. Wystarczą 2-3 naciśnięcia gąbeczki o poduszeczkę, by wykonać pełny makijaż twarzy. Bardzo podoba mi się to rozwiązanie, ponieważ nic się nie rozmazuje, nie rozlewa, ani nie wylewa z tego opakowania. Aplikacja przebiega szybko i prosto.


Producent opisuje go jako wyjątkowo lekki krem BB w musie. Nie mogę się z tym nie zgodzić. Ma bardzo lekką konsystencje. Jest to jeden z najbardziej lekkich kremów BB jakie używałam. A co za tym idzie daje bardzo delikatne krycie. Sprawdzi się u osób ze stosunkowo dobrą kondycją skóry, które potrzebują tylko lekkiego wyrównania kolorytu cery. Nie został on stworzony z myślą o zakrywaniu większych problemów skórnych. Jest to opcja dla osób, które bardziej cenią sobie świeży i delikatny makijaż, niż mocne krycie. Azjatki zostawiają go na twarzy taki zaraz po aplikacji, ja jednak leciutko go przypudrowywałam. Efekt Glow, który nadaje skórze, widoczny jest nawet spod pudru - co mi się bardzo podoba. Skóra staje się rozświetlona i wygląda bardzo świeżo. Dodatkowo chroni ją przed promieniowaniem dzięki zawartości filtra SPF 50+ / PA +++.


Dostępny jest w odcieniu 21 Light Beige. Patrząc na poduszeczkę, to wydaje się, że jest on bardzo ciemny. Jednak po aplikacji okazuje się, że to jasny odcień, w dodatku ładnie dopasowuje się do koloru skóry. Utrzymuje się całkiem nieźle. Nie ściera się za bardzo, ani nie roluje. Wiadomo tylko, że jako posiadaczka cery mieszanej muszę co jakiś czas sięgnąć po bibułkę matującą.


Mój cushion kupowałam jak ich cena była niższa, czyli ok. 110 zł (i wcale nie była to cena promocyjna). Może wtedy jeszcze nie było takiego zainteresowania cushionami u nas? Teraz ten sam produkt kosztuje już ok. 160 zł. Co uważam, że jest drogo. Zważywszy na nie za dużą wydajność tego produktu - ma tylko 15 g pojemności. Gdybym miała kupować cushion teraz, to pewnie zdecydowałabym się na wersję z dołączoną tubką, aby uzupełniać jego zawartość. Taki produkt ma na przykład w swojej ofercie marka Skin79. Wtedy niejako kupujemy dwa produkty w cenie jednego, bo ta tubka wystarcza na jedno uzupełnienie. Ja wybrałam Holika Holika, bo skusiło mnie to piękne opakowanie z kotem. 


Używaliście już cushion BB?
Co o nim sądzicie??
Czytaj dalej »

2 kwietnia 2017

TOP 4: Ulubione i najlepsze pędzle do konturowania twarzy

W poście zatytułowanym TOP 4 gadżetów, które ułatwiają mi życie wspominałam między innymi o pędzlach. Mój zbiór pędzli powoli się rozrósł. Ale to bardzo dobrze, bo lubię je porównywać i testować w różnych warunkach i z różnymi kosmetykami. Dziś chciałabym pokazać Wam moich ulubieńców jeśli chodzi o pędzle przeznaczone do konturowania twarzy. Mam tu na myśli pędzle do bronzera, różu oraz rozświetlacza. Są to egzemplarze, po które sięgam najczęściej i nie dopatrzyłam się w nich żadnych wad.



LILY LOLO Tapered Contour Brush


Najnowszym pędzlem w moim zbiorze jest ten z Lily Lolo. Przeznaczony jest do podkreślania rysów twarzy. Bardzo chciałam taki lekko szpiczasty pędzel. Można nim aplikować zarówno bronzer, róż jak i rozświetlacz. Ja - w zależności od potrzeb - właśnie tak na zmianę go używam. Podoba mi się w nim to, że nie ma tak mocno zbitego włosia jak inne moje pędzle. Świetnie się to sprawdza w przypadku kosmetyków mocno napigmentowanych, z którymi można łatwo przesadzić z ilością koloru. Nabiera takiego produktu mniej i tworzy delikatną mgiełkę na skórze. Dodatkowo jest to pędzel, który najszybciej wysycha po umyciu. Jest on odpowiedni dla wegan. Jego cena to ok. 45 zł.


ZOEVA 126


Gdy kupowałam pierwsze pędzle tej marki, to były one dostępne tylko w wersji z czarnymi trzonkami. Potem firma poszerzyła ich ofertę kolorystyczną. Gdy już zdecydowałam, że chcę kupić właśnie ten pędzel o numerze 126, to nie mogłam się powstrzymać i nie kupić go w kolorze Rose Golden. Popatrzcie na niego - wygląda przepięknie. A do tego bardzo dobrze się go używa. Ja aplikuję nim róż do policzków. Dla mnie do rozswietlacza jest za duży, a do bronzera mam inne. Wykonany jest z włosia syntetycznego, dlatego nadaje się też do aplikacji produktów o formule płynnej i kremowej. Włosie jest mięciutkie i dobrej jakości. Pędzel ten mam już około rok, regularnie go używam, więc często myję, a cały czas trzyma swój kształt i nie gubi włosia. Jego cena to ok. 70 zł.



ZOEVA 105


W moim zbiorze pędzli przeważają te marki Zoeva. Dlatego nie zdziwi Was pewnie fakt, że znalazł się w tym zestawianiu kolejny. Ten kupiłam z polecenia Aliny Rose. Prezentowała kiedyś na blogu pędzle, które poleca i był wśród nich właśnie ten. Producent przeznaczył go do aplikacji rozświetlacza i bronzera. Ja do tego właśnie go używam. Zrobiony został z mieszanki włosia syntetycznego i naturalnego. Podobnie jak w wyżej opisywanym pędzlu - w tym również włosie jest dobrej jakości i jestem z jego używania bardzo zadowolona. Jego cena to ok. 63 zł.



MAESTRO 150 w rozmiarze 22


Jest to jeden z pędzli, które mam najdłużej w swojej kolekcji. Będzie to już ok. 7 lat. Jak widzicie na zdjęciach cały czas dobrze wygląda i nadaje się do użytku. Długo kompletowałam i zastanawiałam się nad wyborem mojego pierwszego zestawu pędzli. Znalazł się w nim m.in właśnie ten o numerze 150. Ma włosie ułożone w szpic. Dzięki temu można nabrać nim produktu na czubeczek, a resztą niezabrudzonego pędzla go rozetrzeć. Najczęściej używam go do bronzera, bo do różu i roświetlacza mam inne. Co nie znaczy, że nie da się nim ich aplikować. Wykonany jest z miękkiego i sprężystego włosia syntetycznego. Jego cena to ok. 32 zł.



Pędzli do konturowania twarzy mam jeszcze kilka. Jednak nie lubię ich aż tak bardzo jak tą czwórkę tu pokazanych. Mam nadzieję, że jeszcze długo będę z nich tak zadowolona. Na razie nie rozglądam się za nowymi, bo więcej mi ich nie potrzeba.  A Wy macie swoje ulubione pędzle do konturowania twarzy??
Czytaj dalej »

26 marca 2017

Dr Irena Eris Holistic Club

Czy słyszeliście o Holistic Club? Bo ja nie. Jest to program lojalnościowy marki Dr Irena Eris. Dowiedziałam się o nim przypadkiem. Tak się składa, że używam bardzo mało produktów tej marki. Postanowiłam trochę to zmienić. Skończył mi się podkład, dlatego skorzystałam z niedawnych promocji w drogeriach i kupiłam nowy. Tym razem chciałam wypróbować Provoke Dr Ireny Eris, ponieważ zbiera on dużo dobrych recenzji. Po jego wyjęciu z kartonika znalazłam tam jeszcze małą karteczkę z kodem i informacją, że na stronie http://www.club.drirenaeris.com/ można zdobywać prezenty za kody.


Program ten polega na zbieraniu punktów na platformie i wymianie ich na nagrody. Najpierw jednak trzeba się zarejestrować. Kupony znajdują się w kosmetykach, które zapakowane są w kartoniki (ponieważ nie ma do nich dostępu personel sklepów, w których są one sprzedawane). Kod z kuponu trzeba wpisać na platformę klubu. Kupony mogą być 6-znakowe - wymagają one wpisania jeszcze 6 cyfr z kodu kreskowego z opakowania - oraz nowsze 10-znakowe, które nie mają już dodatkowych wymogów. Punkty dostaje się również za korzystanie z usług w Kosmetycznych Instytutach i Hotelach Spa Dr Ireny Eris. Są one automatycznie naliczane na konto - wystarczy tylko na recepcji podać login jaki mamy w programie. 




Za zabrane punkty można wybrać nagrody. Są one pokazane w katalogu w strefie prezentów. Jest ich kilkadziesiąt do wyboru. Mogą to być kosmetyki do makijażu, kosmetyki pielęgnacyjne, vouchery rabatowe lub inne (np. notes). 




Za rejestrację kuponu z zakupu podkładu Provoke otrzymałam 100 punktów. Za kilka dni mam jeszcze otrzymać punkty powitalne za założenie konta w programie. A potem zobaczymy jak to będzie dalej wyglądało z moim kupowaniem kosmetyków tej marki. 



Słyszeliście o Holistic Club?
Co sądzicie o tym programie?
Czytaj dalej »

19 marca 2017

Moje niedawne odkrycie: kosmetyki Balance Me

Dzisiejszy post to nie jest recenzja. Nie opisuję na blogu próbek. No chyba, że o jakichś wspomnę w zużyciach. Dziś jednak postanowiłam zrobić od tego wyjątek. Odkryłam ostatnio ciekawą markę kosmetyczną, ale jak na razie wszystkie produkty, które przetestowałam są w formie próbek. Jednak niektóre z nich są dość spore, bo mają 40 - 50 ml pojemności. Ta marka to Balance Me, a natknęłam się na nią będąc jakiś czas temu w TkMaxx.


Zainteresowałam się tymi kosmetykami, ponieważ spodobały mi się ich składy. Są bardzo naturalne, zawierają składniki, które lubi moja skóra, nie ma tam żadnych zapychaczy typu parafina. Postanowiłam kupić dwa zestawy próbek, aby przekonać się, czy warto sięgnąć też i po pełnowymiarowe.


W skład pierwszego zestawu wchodzą:
- Pure Skin Face Wash (50 ml) - czyli coś do mycia twarzy
- Balancing Face Moisturiser (10 ml) - lekki krem nawilżający
- Radiance Face Mask (30 ml) - maseczka do twarzy
- Congested Skin Serum (7 ml) - serum do twarzy


Drugi zestaw zawiera:
- Cleanse and Smooth Face Balm - kolejny produkt do mycia twarzy
- Moisture Rich Face Cream - krem nawilżający o gęstej i treściwej konsystencji
- Natural Protection Moisturiser SPF25 - krem z filtrem SPF 25
- Wonder Eye Crean - krem pod oczy
- Rose Otto Face Oil - olejowe serum do twarzy

Z tych wszystkich próbek kilka zwróciło moją szczególną uwagę. Dlatego rozważam zakup ich pełnowymiarowych opakowań. Chciałabym się dziś z Wami podzielić tym moim nowym odkryciem kosmetycznym, a przy okazji może też mi troszkę pomożecie. 


Jednym z tych kosmetyków, które mnie bardzo zaciekawiły jest Pure Skin Face Wash, czyli produkt przeznaczony do mycia twarzy o bardzo lekkiej konsystencji (mimo że w składzie zawiera sporo olejów). Fajnie oczyszcza skórę, a przy okazji jej nie wysusza. Wśród tych próbek znalazł się jeszcze drugi kosmetyk do oczyszczania twarzy (Cleanse and Smooth Face Balm), ten mnie jednak nie zachwycił. Ma on bardzo gęstą i tłustą formułę, źle się go rozprowadza po skórze, a do tego po zmyciu pozostawia tłusty film. To nie dla mnie - ja wolę ten o lżejszej formule, a jego skład INCI jest następujący:
Aqua, Decyl Glucosite, Lauryl Glucosite, Oryza Sativa (Rice) Barn Oil, Glycerin (Vegetable), Potato Starch Modified, Xanthan Gum, Moringa Oleifera (Moringa) Seed Oil, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Picea Albies (Spruce Knot) Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Anthemis Nobilis (Roman Chamomile) Flower Oil, Boswellia Carterii (Frankincense) Gum Oil, Citrus Aurantium Amara (Petitgrain/Bitter Orange) Leaf/Twig Oil, Cymbopogon Martini (Palmarosa) Leaf Oil, Cananga Odorata (Ylang Ylang) Flower Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid Potassium Sorbate, Citric Acid, Limonene, Linalool, Geraniol.


Drugim kosmetykiem, który zwrócił moją uwagę jest Rose Otto Face Oil. Ten olejek do twarzy znajdował się w malutkim opakowaniu, bo miał tylko 5 ml pojemności, ale wystarczył mi na dwa tygodnie stosowania. Był bardzo wydajny, ponieważ na jedną aplikację używałam tylko kilka jego kropelek. Smarowałam tym z powodzeniem twarz, szyję i nieco dekolt. Jak na olejową formułę, to wchłaniał się dość szybko, a jak na naturalny produkt miał śliczny zapach (nieraz tego typu kosmetyki mają mocne, ziołowe zapachy, a ten nie). Do tego jeszcze spodobał mi się jego skład:
Olea Europea (Olive) Fruit Extract, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Camellia Oleifera (Camellia) Seed Oil, Limnanthes Alba (Meadowfoam) Seed Oil, Avena Sativa (Oat) Kernel Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Rosa Canina (Rosehip) Fruit Oil, Crambe Abyssinica (Abyssinian) Seed Oil, Borage Officinalis (Borage) Seed Oil, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Oil, Viola Odorata (Violet) Leaf Oil, Nelumbo Nucifera (Lotus) Flower Extract, Squalane (Olive), Rubus Chamaemorus (Cloudberry) Seed Oil, Tocopherol (Vitamin E), Rosa Damascena (Rose Otto) Flower Oil, Pelargonium Graveolens (Rose Geranium) Flower Oil, Cymbopogon Martini (Palmarosa) Oil, Limonene, Linalool, Geraniol, Citral, Citronellol, Eugenol, Farnesol.


Kolejny kosmetyk, który polubiłam używać to Moisture Rich Face Cream. Jest to taki gęsty i treściwy krem, który zapewnia mojej skórze odpowiednią dawkę nawilżenia. Jego skład oparty jest na maśle Shea, olejku jojoba, które moja skóra bardzo lubi. Jest tu też mieszanka wielu innych olejków:
Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glycerin (Vegetable), Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Glyceryl Stearate SE, Cetearyl Alcohol, Cetyl Ricinoleate, Polyglyceryl-3 Dicitrate/Stearate, Aleurities Moluccana (Kukui) Seed Oil, Camellia Oleifera (Camellia) Seed Oil, Rosa Canina (Rosehip) Fruit Extract, Rubus Chamaemorus (Cloudberry) Seed Extract, Aloe ?Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Pelarogonium Graveolens (Rose Geranium) Flower Oil, Rosa Centifolia (Rose Absolute) Flower Oil, Citrus Limon (Lemon) Peel Oil, Styrax Benzoin (Benzoin) Resin Extract, Chondrus Crispus (Carrageenan), Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Extract, Tocopherol (Vitamin E), Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Sodium Stearoyl Lactylate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Potassium Sorbate, Citric Acid, Citronellol, Geraniol, Linalool, Citral, Limonene, Eugenol, Farnesol, Benzyl Benzoate.


Przypuszczam, że gdy zrobi się cieplej, to ten krem będzie już za ciężki dla mojej skóry, ale wtedy pewnie chętnie sięgnęłabym po Balancing Face Moisturizer, który obecnie jest dla mnie za lekki.


Ostatni kosmetyk, o którym tu wspomnę zachwycił mnie najbardziej. A jest nim Congested Skin Serum. Przeznaczone jest ono do wszystkich typów cery. Ma za zadanie uspokajać skórę, przywracać jej równowagę i koić. To serum świetnie sprawdza się w przypadku mojej mieszanej cery. Genialnie równoważy tłustą strefę T z pozostałymi suchymi partiami skóry twarzy. Stosuję je rano pod makijaż. Dzięki niemu skóra nie przetłuszcza się zbyt mocno. Jestem w dużym szoku, że jak zrobię makijaż koło 6 rano, to pierwsza bibułka matująca idzie w ruch dopiero koło godzony 13. Czegoś takiego do tej pory jeszcze nie doświadczyłam. Wystarczy mi tylko jedno użycie bibułki w ciągu dnia. Do tej pory częściej musiałam po nie sięgać. Przy okazji może zaprezentuję tutaj jego skład:
Aqua, Oryza Sativa (Rice) Barn Oil, Glycerin (Vegetable), Moringa Oleifera (Moringa) Seed Oil, Picea Abies (Spruce Knot) Extract, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Papaver Rhoeas (Corn Poppy) Flower Extract, Iris Florentina (Iris) Root Extract, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flover Oil, Citrus Lomon (Lemon) Peel Oil, Litsea Cubeba (May Chang) Fruit Oil, Eucalyptus Globulus (Eucalyptus) Leaf Oil, Anthemis Nobilis (Roman Chamomile) Flower Oil, Kunzea Ericoides (Kanuka) Leaf Oil, Eugenia Caryophyllus (Clove) Bud Oil, Chondrus Crispus (Carrageenan), Sclerotium Gun, Xanthan Gum, Sorbitan Laurate, Sodium Stearyl Glutamate, Polyglyceryl-4 Laurate, Dilauryl Citrate, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Limonene, Linalool, Geraniol, Citral, Citronellol, Eugenol.
 

Może też to, że stosuję te kosmetyki wszystkie razem daje taki fajny efekt na skórze, ale mimo to bardzo chciałabym kupić to serum. Niestety w TkMaxx, do którego chodzę, pełnowymiarowe produkty marki Balance Me mają tylko do rąk i do ciała. Dlatego tu mam pytanie do was:
- stosowaliście kosmetyki marki Balance Me?
- a może wiecie, gdzie można je w Polsce kupić?

Ciekawa jestem czy zagląda tu ktoś, kto stosował te kosmetyki i jakie ma zdanie na ich temat?
Czytaj dalej »