Kosmetyk ten zbiera skrajne opinie - jedni go uwielbiają, inni za nim nie przepadają. Ja należę do osób, które wolą same przekonać się o danym kosmetyku i wyrobić sobie swoją opinię, dlatego z ciekawości kupiłam puder pod oczy Lightening Secret marki HEAN. Czy było warto? - o tym poniżej.
Jest to pierwszy puder dedykowany obszarowi pod oczy, który stosuję. Do tej pory używałam w te okolice tych samych produktów co i do reszty twarzy. Wiadomo jednak, że skóra pod oczami jest delikatniejsza, dlatego dobrze, że powstały pudry odpowiednio do niej przeznaczone. Leghtening Secret mieści się w opakowaniu pojemności 4,5 g. Jego cena (w zależności gdzie go kupujemy) waha się od 20 do 30 zł. Znajduje się w standardowym jak na pudry opakowaniu - z przekręcaną osłonką z dziurkami, przez które wysypuje się puder.
Puder jest mocno zmielony, w dotyku gładki i aksamitny. W opakowaniu ma biały kolor, ale na skórze staje się transparentny. Dlatego nie ma się co obawiać - nie bieli skóry. Jego zaletą też jest to, że nie przyciemnia korektorów. Jedyne na początku martwiło mnie to, że zawiera bardzo dużo maleńkich, błyszczących drobinek. Trochę się przestraszyłam, że będą za bardzo się błyszczeć i sprawiać wrażenie, że ma się brokat pod oczami. Jednak nic z tego się nie dzieje. Po aplikacji na skórze delikatnie ją rozjaśnia i rozświetla.
Nie dziwię się, że wiele osób go lubi - ja też do nich należę. W stosunkowo niskiej cenie otrzymujemy dobry produkt. Świetnie nadaje się do codziennego stosowania, ponieważ nie obciąża skóry pod oczami, ani jej nie przesusza. Nie podkreśla również nadmiernie zmarszczek. Na początku musiałam wyczuć jak go używać - jak każdy nowy produkt. Najbardziej lubię aplikować go za pomocą małego puchatego pędzla np. Kavai numer K60. Najlepiej w niewielkiej ilości i nie wklepywać, tylko lekko omieść skórę. Nie sprawdził się aplikowany gąbką - zbyt mocne dociskanie powoduje bielenie i ściągnięcie skóry. Może dlatego niektórzy go nie polubili, ponieważ próbowali go aplikować metodą bakingu.
Zawiera w składzie krzemionkę (silica) i to już na drugim miejscu. Jest to bardzo ważna informacja, ponieważ puder ten będzie powodował efekt flashback, czyli na zdjęciach z lampą błyskową będzie mocno odbijał światło tworząc białe plamy pod oczami. Puder ten dobrze się sprawdzi na co dzień, ale gdy będziemy mieć robione zdjęcia trzeba pamiętać, aby go nie używać.
Posty ze zużyciami nie pojawiają się u mnie na blogu od pewnego czasu - głównie dlatego, że odkąd stosuję minimalistyczną pielęgnację, to mam bardzo mało zużytych kosmetyków. Dodatkowo długo zajmowało mi zbieranie i gromadzenie tych wszystkich opakowań. Jednak tak się ostatnio złożyło, że skończyło mi się sporo kosmetyków w bardzo krótkim czasie. Czekają mnie teraz większe zakupy, aby uzupełnić braki. Przy okazji pomyślałam, że wspomnę o kilku kosmetykach, których recenzji nie zdążyłam napisać przed ich zużyciem.
Naszło mnie na testowanie korektorów. Zaszalałam i kupiłam aż dwa: Makeup Revolution Conceal and Define oraz Lovely Intensywnie kryjący kamuflaż do twarzy. Większość opinii, które na ich temat czytałam były pozytywne. Często pojawiało się porównanie ich do drogich korektorów, mocno kryjących - na przykład, że są zamiennikami dla Tarte Shape Tate. Nie wiem czy tak jest, bo go nie miałam. Jakoś nie mogę się przełamać do zakupu korektora za ponad 100 zł, dlatego chciałam mieć chociaż jakiś o podobnym działaniu. Z korektora marki Makeup Revoluton jestem bardzo zadowolona. Robi swoje i jest dostępny w sporej gamie kolorystycznej. Mam go w odcieniu C2 i używam go głównie pod oczy. Z zakrywaniem niedoskonałości na innych partiach twarzy też sobie radzi. Korektor z Lovely mnie rozczarował. Jak dla mnie ma za małe krycie i za bardzo zbiera się w załamaniach skóry pod oczami. Do niego już nie powrócę, a jeśli chodzi o korektor z Makeu Revolution, to mam już następne opakowanie.
Dobrym kosmetykiem jest też Make-up Fixing Spray z Golden Rose. Produkt ten ma fajny rozpylacz wytwarzający delikatną mgiełkę, która równomiernie opada na skórę. Powoduje, że makijaż dobrze się trzyma, ale też ładnie wygląda na skórze. Mgiełka ta jest bardzo wydajna. Używałam jej prawie codziennie, a wystarczyła mi na parę miesięcy.
Bardzo lubię też kosmetyki marki Sylveco. Przeważnie jakiś z nich znajduje się wśród kosmetyków, które używam. Tym razem było to Arnikowe mleczko oczyszczające. Lubię je za to, że jest bardzo łagodne, a zarazem dobrze oczyszcza skórę, a przy tym jej nie wysusza. Kiedyś dawno temu, na początku mojej przygody z kosmetykami, nie lubiłam mleczek do demakijażu. Wynikało to z tego, że nie umiałam ich używać. Odkąd się tego nauczyłam, to bardzo cenie sobie mleczka przy demakijażu.
Drugim kosmetykiem tej marki, który miałam był Naturalny dezodorant ziołowy. Staram się używać dezodorantów bez soli aluminium oraz alkoholu. Tym razem chciałam przetestować akurat ten. Zawiera on ekstrakt z kory dębu - jest to składnik polecany przy potliwości, ponieważ ma właściwości ściągające. Nie pozostawia plan na ubraniach. Ma neutralny zapach. Sprawdził się on u mnie, dlatego, gdy kupowałam następny, to zdecydowałam się na ten sam.
Zużyłam też coś z kolorówki. A mianowicie Tusz do rzęs The One Volume Blast marki Oriflame. Miał on fajną, małą silikonową szczoteczkę, dzięki której dobrze malowało się rzęsy - nawet te najmniejsze. Jego formuła też była w porządku - był nie za gęsty, a zarazem nie za rzadki. Nie za często kupuję kosmetyki z Oriflame, ale do tego tuszu chętnie jeszcze kiedyś powrócę.
Natomiast na ukończeniu mam puder Mineralize Skinfinish marki MAC. Powinien mi wystarczyć jeszcze na kilka dni, ale wciągnęłam go już do tego postu, ponieważ nie wiem kiedy będę pisać o następnych zużyciach. Rzadko sięgam po pudry prasowane (ponieważ lubię pudry sypkie), jednak ten okazał się bardzo dobry. Daje ładne i naturalne wykończenie. Nie jest typowo matujący, ale też nie daje suchego pudrowego wykończenia. Mam go w odcieniu Light, który jest do mnie dobrze dopasowany.
Zużyłam też:
- Płyn micelarny marki Natura Care,
- moją ulubioną bazę pod cienie z Artdeco,
- ochronną pomadkę z Alterry,
- Multifunkcyjny balsam Instant Help marki Evree.
Nie będę się tu o nich rozpisywać, ponieważ na blogu pojawiły się już ich recenzje.
Na początek zacznę od produktu zaklasyfikowanego do kategorii, którą Maxineczka bardzo fajnie określa jako "meh". Bardzo lubię słuchać w jaki sposób wymawia to słowo w swoich filmach. Szkoda, że nie mogę go puścić tu jako podkład dźwiękowy do tego wstępu. Ale wróćmy już do produktu, który znalazł się w tej kategorii. Zachciało mi się wypróbować kosmetyków Smart Girls Get More. Na początek skusiłam się na False Lashes Mascara, która ma za zadanie pogrubić i wydłużyć rzęsy.
Znajduje się ona w ładnym, zielonym opakowaniu. Ma szczoteczkę taką jaką lubię - małą i silikonową. Niestety efekt jaki daje na rzęsach nie zadowala mnie. Jest za delikatny - nawet jak nałożę jej dwie warstwy. Więcej się nie da, bo zaczyna za bardzo sklejać rzęsy. Powinna spodobać się osobom lubiącym delikatny efekt. Ładnie rozdziela rzęsy i je układa. Ja jednak potrzebuję trochę mocniejszego efektu. Niestety również długo zastyga na rzęsach. Gdy już skończę makijaż i czasem chcę jeszcze coś poprawić przy cieniach do powiek, to rzęsy sklejają się i układają nie tak jak powinny. Trzeba je jeszcze raz przeczesać.
Nie spodziewałam się, że tak polubię matowe pomadki do ust. Mam już kilka w kredce, jednak ostatnio najczęściej sięgam po te płynne. Chciałabym pokazać Wam moje dwie najulubieńsze, które gdy mam nałożone na usta, to czuję się w nich bardzo dobrze. Nie będę się tu o nich rozpisywać. Sami popatrzcie jakie to piękne kolory. Obie dobrze kryją i posiadają aksamitne półmatowe wykończenie. A dodatkowo są bardzo trwałe. Równomiernie ścierają się z ust, pozostawiając na nich delikatną mgiełkę koloru, która utrzymuje się jeszcze przez kilka godzin.
Jedna to świetnie znana wielu osobom Liquid Matte Lipstick z Golden Rose.Urzekł mnie jeden z tych nowszych odcieni - a mianowicie numer 13. Jest to piękny nudziak. Ma ciepły i jasny odcień. Druga jest do niej zbliżona kolorem (tylko nieco ciemniejsza), ale jest z innej firmy. To Pure Velour Lips marki Zoeva w odcieniu Clear Message.
Następny kosmetyk bardzo mnie zaciekawił, ale na początku również i zadziwił. Wygląda ślicznie w tym białym opakowaniu ze srebrnymi zdobieniami, a w środku kolorowe zygzaki - dwa odcienie beżu, ciepły róż oraz delikatna perła. Jak go używać? Nazwa nieco na to naprowadza: Shyshine Nude Powder. Czyli że to puder. Producent wskazuje, że można stosować go na całą twarz lub w formie rozświetlacza.
Na początku bałam się go wypróbować. Ale okazało się że po zmieszaniu razem tej czterokolorowej zygzakowatej mozaiki ładnie wygląda ona na skórze - i o dziwo bardzo naturalnie. Preferuję pudry sypkie, ale ostatnio najchętniej sięgam po ten Dr Ireny Eris. Używam go na całą twarz, ponieważ efekt, który daje jako rozświetlacz jest zbyt delikatny. A właściwie go nie zauważam, bo nie widzę w nim żadnych błyszczących drobinek - według mnie jest to produkt matowy. Dobrze utrwala makijaż i nadaje skórze ładny, satynowy wygląd.
Jeszcze początkiem roku oglądałam film Katosu z jej ulubieńcami niekosmetycznymi 2016 r. Były wśród nich szczotki do włosów, które bardzo mnie zaciekawiły. Są one marki The Wet Brush. Kupiłam dwa modele. Jedna to Wet Brush Epic Quick Dry, czyli szczotka przyspieszająca suszenie
włosów. Jest ona dość duża i ma liczne prześwity umożliwiające dopływ
strumienia powietrza z suszarki. Ma wyprofilowany kształt wygięty w
lekki łuk.
Druga szczotka jest bardzo leciutka i malutka (mniej więcej wielkości dłoni). Ma bardzo delikatne igiełki, bo zakończone kuleczką. W trakcie czesania nie ciągnie, nie łamie, ani nie wyrywa włosów (na szczotce zostaje tyle włosów ile naturalnie wypada). Można używać jej do rozczesywania włosów zarówno suchych jak i mokrych. Dostępna jest w kilku kolorach - ja zdecydowałam się na tą śliczną zieleń. Lubię nią rozczesywać włosy, sięgam po nią nawet częściej niż po Tangle Teezer.
W marcu pisałam Wam o marce kosmetyków, która bardzo mnie zaciekawiła. Do tego stopnia, że zdecydowałam się kupić kilka próbek, aby je przetestować. Ta marka to Balance Me, a natknęłam się na nią będąc w TkMaxx. Jakiś czas później w tymże też sklepie udało mi się kupić dwa kosmetyki pełnowymiarowe: krem i mgiełkę do twarzy.
Podczas używania tych próbek jednym z kosmetyków, który spodobał mi się najbardziej był Moisture Rich Face Cream. Jest to gęsty i treściwy krem, który zapewnia
odpowiednią dawkę nawilżenia. Jego skład oparty jest na maśle Shea,
olejku jojoba, które moja skóra bardzo lubi. Zimą świetnie się sprawdził. Obawiałam się trochę, czy nie będzie za ciężki do stosowania latem. Jednak okazuje się, że moja skóra dalej świetnie na niego reaguje, nie obciąża jej, dlatego dalej chętnie po niego sięgam. Osoby zainteresowane jego składem zapraszam do postu, w którym opisałam próbki tych kosmetyków (TUTAJ).
Nowością dla mnie okazał się Skin Bright Toning Mist. Sięgałam po tą mgiełkę często zwłaszcza w trakcie upalnych dni. Świetnie odświeża skórę i szybko się wchłania. Daje skórze ukojenie i lekkie nawilżenie. Producent wspomina, że można używać jej też na makijaż. Przeznaczona jest do wszystkich typów cery.
W maju przypomniałam sobie o Hercule Poirot. Jest to najlepszy kryminał, który mogę oglądać godzinami. Ależ Agata Christie miała zmysł i polot do pisania takich wspaniałych intryg. Najbardziej podobają mi się te odcinki, w których gra David Suchet. Jest ich sporo, bo 70 - a ja już jestem w trakcie oglądania tych ostatnich. Poirot w niesamowity sposób rozwiązuje swoje sprawy. Mimo że w większości odcinków chodzi o to samo (o pieniądze, o spadek),
to każdy z nich jest inny, każdy trzyma w napięciu do samego
końca. Lubie oglądać te filmy też ze względu na cudowną starą architekturę, piękne posiadłości, ogrody i kostiumy. Tu ważne jest wszystko, nie tylko fabuła, dlatego odcinki są bardzo klimatyczne. Co ja będę robić jak obejrzę wszystkie Herkulesy?
Nie lubię wcześnie wstawać, ale z drugiej strony do pracy chcę wyjść umalowana. Dlatego makijaż skracam do minimum. Dodatkowo lubię, gdy kosmetyk może okazać się uniwersalny, abym mogła stosować go np. gdy mam skórę bardziej bladą lub opaloną, albo jeden zamiast dwóch. Wszystko po to, aby potrzeba było mi ich mniej. A dzięki blogowi odkryłam wiele kosmetyków, które
bardzo mi w tym pomagają.
BIAŁY PODKŁAD
Jako bladolica miałam zawsze problem z
doborem podkładu. Te najjaśniejsze z oferty przeważnie były dla mnie za
ciemne. Od kiedy jednak wypróbowałam biały podkład, wszystko się zmieniło.
Mieszam go z podkładem, który zamierzam akurat użyć, dzięki czemu jest on jaśniejszy, nie tracąc przy tym swoich
właściwości.
Tym białym podkładem, który mam jest Makeup Revolution The One Foundation w odcieniu 1. Jest on biały, więc idealnie nadaje się do rozjaśnienia podkładów. Ma bardzo lekką formułę - jest wręcz wodnisty. Najczęściej wyciskam w zagłębieniu dłoni pompkę podkładu, który chcę użyć i dokładam do niego kropelkę lub dwie białego MUR. Mieszam je palcem i rozkładam punktowo na twarz. Potem równomiernie rozprowadzam pędzlem. W takich proporcjach użyty podkład nie traci swoich właściwości (krycia, wykończenia, ani trwałości), jest tylko odpowiednio jaśniejszy.
SYPKI PUDER TRANSPARENTNY
Niby taki biały
proszek, a jak dużo u mnie zmienił. Kiedyś używałam pudry prasowane,
które trzeba było dobierać odpowiednio kolorystycznie. Ja zawsze miałam z
tym problem. Latem powinien być nieco ciemniejszy, bo jestem trochę
opalona, zimą jaśniejszy. W związku z tym, że jestem bladziochem i
miałam problem ze znalezieniem jasnego podkładu, to jeszcze
znaleźć do tego odpowiedni puder, to było wyzwanie.
Aż w końcu natrafiłam
na sypki puder transparentny marki Vipera. To była wielka rewolucja,
ponieważ znalazłam puder, który dopasowuje się do podkładu. Taki który
można używać cały rok. Taki, który jest wydajny, a do tego niedrogi. Od
tej pory wypróbowałam już kilka pudrów transparentnych innych marek i chętnie do nich
powracam. Obecnie mam puder bambusowy z Biochemii Urody, przesypany do
opakowania po podkładzie mineralnym z LilyLolo (bo jest ono lepsze w codziennym użytkowaniu). Na zdjęciu puder jest lekko brązowy, ponieważ zmieszałam go z próbką podkładu mineralnego, który był dla mnie za ciemny.
Moja przygoda z makijażem zaczęła się
jeszcze w szkole średniej. Wiedzę o tym jak się malować czerpałam z
gazet (nie było jeszcze wtedy Internetu). Do makijażu zraziłam się po
tym, jak miałam problem, aby cienie się nie rolowały. Nie słyszałam
jeszcze wtedy o czymś takim jak baza pod cienie. Nie były one nawet za
bardzo dostępne. O bazie dowiedziałam się dużo później, gdy zaczęłam
czytać pierwsze powstające blogi.
Teraz bez bazy nawet nie zabieram się
za wykonywanie makijażu. Jest mi ona potrzebna, ponieważ mam dość
głęboko osadzone oczy i cienie zbierają mi się mocno w załamaniach. Ale z
dobrą bazą pod cienie, to już nie jest żaden problem. Moja ulubiona
baza, którą używałam przez wiele lat, to ta z Artdeco. Ale lubię też
bazę Lumene. Obecnie używam bazę z NYX i Catrice,
albo aplikuję korektor - niektóre też się dobrze sprawdzają jako bazy
pod cienie.
Nigdy nie lubiłam używać
konturówek do ust. Do tej pory nie mogę się do nich przekonać. Za to
lubię używać szminki. Kiedyś bardziej wolałam błyszczyki, ale to się
zmieniło. Przy aplikacji szminek lubię, gdy krawędzie są równe, ale nie
lubię używać do tego pędzla. No cóż jestem takim dziwakiem pod tym
względem. Dlatego szminki w kredce rozwiązały moje problemy.
To jest
moje niedawne odkrycie, które pojawiło się wraz z wypróbowaniem
kultowych pomadek w kredce z Golden Rose. Łatwo jest nimi obrysować kontur i
wypełnić usta kolorem. Po zastruganiu mają dalej stożkową końcówkę.
Szkoda, że podczas temperowania trochę produktu się marnuje, ale coś za
coś. Do ich używania przekonuje mnie wygoda ich aplikacji, a także ogrom
dostępnych i pięknych kolorów do wyboru.
A Wy macie takie kosmetyki, które ułatwiają Wam codzienny makijaż?
Na ostatnim spotkaniu blogerek w Rzeszowie otrzymałam do przetestowania kilka kosmetyków marki Ingrid Cosmetics. Od razu zabrałam się do wypróbowania pudru oraz podkładu. Niestety produkty otrzymałam w bardzo ciemnych odcieniach. Z pudrem sobie poradziłam i go rozjaśniłam. Podkład, który otrzymałam to IDEALUMI NUDE w odcieniu 204 (najciemniejszy z gamy kolorystycznej), który jest stanowczo za ciemny dla mojej bladolicej karnacji. Dlatego skupię się na recenzji pudru.
Puder jest dla mnie bardzo ważny w utrwalaniu makijażu. Najczęściej sięgam po pudry sypkie. Tym razem mam do czynienia z pudrem w kamieniu. Znajduje się w okrągłym, plastikowym, czarnym opakowaniu z białymi napisami. Prezentuje się dość ładnie, ale plastik jest słabej jakości. W środku opakowanie zawiera lusterko. Pod pudrem znajduje się jeszcze jedna przegródka na puszek do nakładania pudru. Ja z tego puszka przeważnie nie korzystam - puder wolę aplikować pędzlem. Puder ma na swojej powierzchni wytłoczone napisy, co ładnie się prezentuje. Ma on dość mocny zapach. Na szczęście jest on przyjemny, taki kremowy. W swojej konsystencji jest aksamitny i pudrowy. Niestety puder okropnie się sypie. Po każdym użyciu sporo rozlatuje się po opakowaniu i poza nie. Puder ma pojemność 10 g, kosztuje ok. 8 zł.
Występuje w pięciu odcieniach. Ciekawa jestem tych najjaśniejszych. Producent jednak podarował mi najciemniejszy, czyli ten z numerem 4.
Na początku myślałam, że będę go używać do konturowania twarzy. Jednak uzyskany efekt nie podobał mi się. Poza tym ciężko się go nabiera na pędzel, bo gdy chcę strzepać nadmiar, to zbyt dużo go opada i prawie nic nie pozostaje na pędzlu. Pomyślałam jednak, że może uda się coś zrobić, aby go ulepszyć. Zostało mi jeszcze ok 1/3 opakowania sypkiego, transparentnego pudru z Kobo - postanowiłam więc rozkruszyć puder Idealist i zmieszać je razem. Uzyskany produkt spełnia moje oczekiwania - powstał lekko brązowy, sypki puder. Dzięki temu mam znów całe opakowanie pudru.
Znajduje się w zakręcanym słoiczku. Opakowanie to jest proste i estetyczne. Ale wykonane ze słabej jakości plastiku, który bardzo łatwo się rysuje. Przez to traci na swym wyglądzie. Nie używałam tego opakowania zbyt długo, ale przez ten czas zrobiło się na nim sporo rys. Widać je dokładnie na zdjęciu.
W środku opakowanie zaopatrzone jest w sitko. Niestety nie używa mi się go dobrze. Moim zdaniem dziurki w sitku są zbyt duże. Co prawda producent napisał, aby zerwać tylko połowe z folii zabezpieczającej. Jednak nie udało mi się uniknąć zbyt dużej ilości wysypanego pudru. Dlatego przesypałam go do innego opakowania. Moim ulubionym jest to, które mam po pudrze z LilyLolo. Aktualnie trzymam w nim puder z Kobo. Jestem zadowolona z takiego rozwiązania.
To są właściwie jedyne zastrzeżenia, które mam do tego produktu. Są one związane z opakowaniem, a nie z samym pudrem. Tak się składa, że znalazłam wiele negatywnych opinii o nim. Nie rozumiem czemu zbiera tyle negatywów. Jeśli o mnie chodzi, to ja go bardzo lubię. Spełnia wszystkie moje oczekiwania jakie mam odnoście pudru sypkiego.
Jest on drobno zmielony i ma lekko żółtawe zabarwienie. Po przypudrowaniu twarzy ładnie stapia się z odcieniem skóry. Nie bieli jej, ani nie pozostawia efektu jakby przyprószenia mąką. Nie jest widoczny na skórze, daje naturalny efekt. Dobrze komponuje się z każdym podkładem, który posiadam. Ale ostatnio, gdy rozpoczęły się upały, stosuję na twarz sam puder. Potrzebuję tylko lekko zmatowić skórę i nie martwić się, że podkład w ciągu dnia spłynie.
Dobrze matowi skórę. Przy mojej mieszanej cerze, gdy nie ma upałów, tak do 6 godzin bez poprawek. Co uważam, za dobry wynik. Ma bardzo delikatny i przyjemny zapach. Puder jest bardzo wydajny. Na przypudrowanie całej twarzy wystarczy wysypać na wieczko jego niewielką ilość. Używam go już 1,5 miesiąca i nie ubyło mi go przez ten czas dużo.
Pojemność: 8 g
Cena: 23 zł (ja kupiłam go na promocji za ok. 14 zł)
Skusiłam się na niego, ponieważ chciałam znaleźć tańszy zamiennik dla mineralnego pudru sypkiego Flawless Matte LilyLolo. Ten z Paese zbiera dużo pozytywnych opinii na wizażu. Jest on przeznaczony do cery tłustej i mieszanej. Czyli to coś
dla mnie. Ma zapewnić najwyższy stopień zmatowienia, wygładzać skórę i nadawać jej delikatną poświatę. Dzięki zawartości jedwabiu w proszku o właściwościach nawilżających ma zmiękczać rysy
skóry oraz zmniejszać widoczność zmarszczek. Używam go codziennie od wakacji. Tyle czasu wystarczyło, aby zapoznać się z jego działaniem i wyrobić sobie o nim opinię. A niestety nie będzie ona zbyt dobra. Więcej mnie w nim denerwuje niż mi się podoba.
Zacznijmy na przykład od opakowania. Jest ono wykonane z kiepskiej jakości materiałów, które bardzo się rysują. Nie noszę go ze sobą w torebce - tam to wiele opakowań mi się porysowało. Puder ten leży sobie spokojnie w domu w pudełku z kosmetykami, gdzie nie jest narażony na duże urazy, a i tak jest porysowany. Ale to nic - jakoś da się to przeboleć. Gorsze jest to, że źle się go wysypuje z tego opakowania. Wypada go za dużo na raz. Ciężko jest mi wyczuć jak wysypać go w taki sposób, aby uzyskać go tyle ile trzeba. Ilości, która wydobyła się w nadmiarze, nie da się potem wsypać znów do środka opakowania. Wpływa to na zmniejszenie jego wydajności. Brakuje mi tutaj rozwiązania z ruchomą blokadą na sitku - taką jaką ma w swoich opakowaniach LilyLolo. Co prawda producent dołączył gąbkę, której nie używam do aplikacji
podkładu, bo za nią nie przepadam. Ale stosuję ją jako prowizoryczne
zablokowanie podkładu przed niechcianym wysypaniem. Puder ten aplikuję pędzlem.
Przejdźmy teraz do pudru. Ma postać drobno zmielonego białego proszku. Nie ma się co obawiać - nie bieli skóry. Tylko dopasowuje się do niej. Jednak trzeba uważać z jego aplikacją, bo nałożony w zbyt dużej ilości daje efekt
płaskiego matu. Najlepiej używać go niewiele. Nie zaobserwowałam wspominanego przez producenta delikatnego
blasku. Sprawia, że skóra staje się zmatowiona. A efekt ten (w zależności od użytego podkładu) utrzymuje się od 3 do 5 godzin. Co uważam, że jest niezłym wynikiem. Nie zapycha skóry. Dobrze rozprowadzają się na nim róże i bronzery. Nieźle się też na nim trzymają.
Co mnie jeszcze w nim bardzo drażni, to fakt, że podczas aplikacji okropnie pyli. Dlatego trzeba nakładać go powoli i ostrożnie. Inaczej otoczy nas wielka chmura białego pyłu, który potem osiądzie wkoło. Jak widzicie ma on swoje plusy, ale przeważają minusy. Jak go zużyję, to sięgnę po inny puder. Jego pojemność to 8g cena ok. 29 zł. Tak się składa, że zużyłam akurat jeden z moich podkładów mineralnych z LilyLolo - wyczyściłam już opakowanie i zamierzam tam przesypać ten puder.
Bardzo chciałam wypróbować korektor mineralny, ponieważ zawsze ciekawiło mnie jak to jest możliwe, że produkt w formie sypkiej może być stosowany jako korektor. Jak to się dzieje, że taki proszek może cokolwiek zakryć? Okazuje się, że może, a na dodatek mogłam przekonać się o tym na własnej skórze.
Mam odcień BLONDIE, ponieważ jest on dedykowany do podkładu China Doll. Jednak uważam, że jest on do tego podkładu nieco za jasny. Pod podkład mogę go używać. Jest wtedy jego fajnym dopełnieniem. Jednak jak chcę użyć go na podkład, to w miejscu użycia tego korektora widać jaśniejszą plamę. Ja używam go na sucho. Jednak można aplikować go też na mokro
Korektor mimo że ma formę sypką, to nie jest ona sucha. W trakcie wysypywania go na wieczko nie pyli, tylko wypada w takich jakby małych grudkach. Dobrze nabiera się go na pędzel. Bez problemów i równomiernie rozprowadza się po skórze.
Jest to całkiem niezły produkt. Ma dobre krycie, jest trwały. A przede wszystkim nadaje się na różne partie twarzy. Nie tyko na zakrycie wyprysków, ale można aplikować go też pod oczy. Chociaż ja pod oczy używam go rzadko, bo lepiej sprawdza się u mnie w tej roli cielisty cień mineralny. Korektor ten znajduje się w opakowaniu, które jest miniaturką opakowania podkładu czy pudru. Jego pojemność nie jest wielka, ale jak na korektor to bardzo dużo. Jest też wydajny. Używam go do codziennego makijażu i jak na razie nie widać żadnego zużycia.
Stosuję też mineralny puder sypki. Mam wersję FLAWLESS MATTE, ponieważ ma on właściwości absorbujące sebum. W połączeniu z podkładem mineralnym powoduje, że upływa więcej czasu zanim moja skóra zacznie się świecić. W przypadku poprawek wystarczy użyć bibułkę matującą, zaaplikować nieco tego pudru i już jest od nowa bardzo ładny mat na twarzy. Jest to przydatna właściwość przy mojej przetłuszczającej się strefie T. Dodatkowo to w jaki sposób zaprojektowane jest opakowanie sprzyja temu, aby nosić je ze sobą w torebce. Sitko nie ma dziurek na całej powierzchni, tylko na połowie. Obracana nakładka umożliwia jego zasunięcie tak, że puder nie będzie się wysypywał, nawet jak pudełko obróci się do góry dnem.
Jest on koloru białego, ale po nałożeniu na twarz staje się niewidoczny. Nie bieli skóry. A efekt matu, który daje wygląda bardzo naturalnie. Próbowałam go też używać na podkłady w płynie. W tym przypadku też całkiem nieźle się spisuje. Producent pisze, że można nim przypudrować bazę pod cienie (zwłaszcza przy przetłuszczających się powiekach). Próbowałam tak robić, ale nie odpowiadał mi efekt jaki uzyskałam, ponieważ cienie nałożone na ten puder tracą na swojej pigmentacji.
Jest to bardzo dobry i wydajny produkt. Cieszę się, że mogłam go wypróbować. Jednak jak mi się skończy, to raczej nie kupię następnego opakowania. Jego koszt jest zbyt drogi, a w dużo tańszej cenie można mieć np. puder bambusowy, który też dobrze działa (a nawet można powiedzieć, że bardzo podobnie).
Pojemność: 7 g
Cena: 72,90 zł
Dostępność: sklep internetowy polskiego dystrybutora kosmetyków Lily Lolo: costasy.pl
Zestaw zawiera wszystko, co potrzebne do wykonania naturalnego pudru sypkiego do twarzy na bazie bogatego w krzemionkę ekstraktu otrzymywanego z łodygi bambusa, wzbogaconego luksusowym jedwabiem w proszku oraz łagodzącą, koloidalną mączką owsianą, która przełamuje biel pudru. Puder ma postać puszystego, jasno-beżowego, bardzo drobnego pyłku. Aplikowany na skórę daje transparentne, matowe i jedwabiste wykończenie, bez efektu bielenia skóry.
Obecność jedwabiu dodaje pudrowi własności nawilżających oraz zmienia
kąt odbicia światła od powierzchni skóry, nadając cerze delikatny blask,
zmiękczając rysy skóry oraz zmniejszając widoczność zmarszczek. Dodatek mikronizowanej mączki owsianej, przełamuje biel pudru oraz zwiększa działanie łagodzące podrażnienia i zaczerwienienia. Odpowiedni dla każdego typu i karnacji skóry.